<?xml version="1.0" encoding="UTF-8"?><rss version="2.0"
	xmlns:content="http://purl.org/rss/1.0/modules/content/"
	xmlns:wfw="http://wellformedweb.org/CommentAPI/"
	xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/"
	xmlns:atom="http://www.w3.org/2005/Atom"
	xmlns:sy="http://purl.org/rss/1.0/modules/syndication/"
	xmlns:slash="http://purl.org/rss/1.0/modules/slash/"
	>

<channel>
	<title></title>
	<atom:link href="https://girlonatrail.pl/feed/" rel="self" type="application/rss+xml" />
	<link>https://girlonatrail.pl/</link>
	<description></description>
	<lastBuildDate>Sun, 26 Apr 2026 16:05:41 +0000</lastBuildDate>
	<language>pl-PL</language>
	<sy:updatePeriod>
	hourly	</sy:updatePeriod>
	<sy:updateFrequency>
	1	</sy:updateFrequency>
	<generator>https://wordpress.org/?v=6.9.4</generator>

<image>
	<url>https://girlonatrail.pl/wp-content/uploads/2017/07/cropped-8656-1-32x32.jpg</url>
	<title></title>
	<link>https://girlonatrail.pl/</link>
	<width>32</width>
	<height>32</height>
</image> 
	<item>
		<title>Arthur’s Pass National Park: Najpiękniejsza trasa Nowej Zelandii?</title>
		<link>https://girlonatrail.pl/arthurs-pass-national-park-najpiekniejsza-trasa-nowej-zelandii-2/</link>
					<comments>https://girlonatrail.pl/arthurs-pass-national-park-najpiekniejsza-trasa-nowej-zelandii-2/#respond</comments>
		
		<dc:creator><![CDATA[Gosia]]></dc:creator>
		<pubDate>Sun, 26 Apr 2026 15:55:09 +0000</pubDate>
				<category><![CDATA[Nowa Zelandia]]></category>
		<category><![CDATA[Polinezja]]></category>
		<category><![CDATA[drogi]]></category>
		<category><![CDATA[gory]]></category>
		<category><![CDATA[wodospad]]></category>
		<guid isPermaLink="false">https://girlonatrail.pl/?p=20054</guid>

					<description><![CDATA[<p>Arthur’s Pass National Park, a dokładniej przebiegająca przez niego Great Alpine Highway, uważana jest za najpiękniejszą drogę w Nowej Zelandii To najstarszy park narodowy na Południowej Wyspie (trzeci w całym kraju). Leży na kluczowej przełęczy między wschodnią, a zachodnią częścią wyspy. Jednak przejazd przez Great Alpine Hwy to nie zwykła droga. Droga przez Arthur’s Pass to majstersztyk inżynierii. Wiadukty, mosty, skalne schrony i wodospady sprowadzane do sztucznych kanałów, wszystko po to, żeby umożliwić przejazd z jednego na drugi kraniec wyspy. &#160;Sama przełęcz wznosi się na wysokość ponad 900 metrów n.p.m., co czyni ją najwyższą trasą drogową w Alpach Południowych. Otaczające ją góry, sięgają od 1600 do 2000 metrów, a wiele szczytów przekracza magiczną granicę dwóch tysięcy. Najwyższy z nich, Mount Murchison ma 2400 metrów. Great Alpine Highway to prawdziwa przeprawa z widokami, które zachwycają coraz bardziej wraz z kolejnym zakrętem. Zaśnieżone szczyty, lodowce, rumowiska skalne to typowy krajobraz jaki można tu zobaczyć. Po drodze znajduje się wiele punktów widokowych, terenów spacerowych oraz górskich szlaków. Pierwszym punktem, jadąc od strony Christchurch jest Castle Hill. Znajdują się tu ciekawe formacje skalne, które tworzyły scenografię dla takich filmów jak Władca Pierścieni czy Opowieści z Narni. Obok znajduje się Cave Stream – tunel o długości 600 m, wyżłobiony przez przepływającą obok rzekę. Brzmi jak przygoda? Teoretycznie tak, ale tym razem zrezygnowałam ze względu na ryzyko: nagłych powodzi oraz głębokiej wody. To miejsce ma na koncie ofiary, więc należy je zwiedzać z odpowiednim sprzętem (skafander, kask, latarki). W zestawie miałam jedynie latarkę, byłam sama, a mój styl pływania najlepiej opisać jako… warszawski. Dlatego odpuściłam. Na szczęście widoki dookoła wynagrodziły mi tę decyzję. Jadąc dalej, z każdym kilometrem góry wydawały się coraz wyższe, a powietrze coraz chłodniejsze i bardziej rześkie. Szczególne wrażenie zrobił na mnie punkt widokowy Arthur’s Pass Lookout, tuż za mostem nad rzeką Waimakariri. &#160;Ośnieżone szczyty w tle wyglądały zjawiskowo. &#160; Nieco dalej znajdują się liczne ścieżki spacerowe i szlaki. Jedną z najbardziej popularnych miejscówek jest Devil’s Punch Bowl, 131-metrowy wodospad. Trasa jest łatwa i liczy zaledwie 2 kilometry, więc nadaje się nawet dla tych, którzy wolą podziwiać widoki, niż walczyć z własną kondycją. Po drodze mija się bujne lasy i małe mostki, a końcowy punkt widokowy na wodospad rozwala system. Oprócz Devil’s Punch Bowl warto zerknąć na szlak na Avalanche Peak (1833 m n.p.m), który planowałam zdobyć. Niestety pan z informacji turystycznej, skutecznie odwiódł mnie od tego pomysłu. Pomimo, czystego nieba warunki były tego dnia ciężkie – śnieg i wiatr na odsłoniętej grani mogły sprawić, że zamiast pięknych widoków zaliczyłabym lot życia. Ku mojej rozpaczy, postanowiłam po raz kolejny! zachować zdrowy rozsądek i pozostać na niższej wysokości. Na szczęście to nie był koniec atrakcji. Przed opuszczeniem górskich krajobrazów miałam okazję przejechać wiaduktem Otira na tzw.&#160; Death’s Corner (Rogu Śmierci). Nazwa brzmi jak zapowiedź horroru klasy B, ale ma całkiem racjonalne uzasadnienie. Przez teren parku przebiega tzw. Uskok Alpejski – uskok tektoniczny, a dawna, kręta droga była regularnie niszczona przez osuwiska. Krótko mówiąc, jeździło się tu kiedyś na własną odpowiedzialność. Arthur’s Pass świetnie pokazuje, czym jest Nowa Zelandia poza kulisami: surową, górzystą, momentami nieprzyjazną i kompletnie obojętną na twoje plany. Możesz coś zdobyć, możesz coś odpuścić, możesz zmienić trasę i to wszystko jest w porządku. Bo nawet wtedy, gdy nie wchodzisz na szczyt i nie realizujesz planu A, samo bycie tutaj już jest niesamowitym doświadczeniem. Informacje praktyczne Arthur’s Pass National Park leży na trasie Great Alpine Highway (SH73), która łączy Christchurch z zachodnim wybrzeżem Nowej Zelandii. Przejazd z Christchurch zajmuje około 2,5–3 godziny, z Greymouth mniej więcej 1–1,5 godziny. Choć Arthur’s Pass z ma tylko 45 km to liczba przystanków widokowych skutecznie wydłuża przejazd.&#160; To najwyższa przełęcz drogowa w Alpach Południowych (ponad 900 m n.p.m.), więc pogoda potrafi się zmienić błyskawicznie, zimą możliwy jest śnieg, lód zatem łańcuchy są tu obowiązkowe. Alternatywą dla samochodu jest pociąg TranzAlpine, uznawany za jedną z najpiękniejszych tras kolejowych świata. Kursuje między Christchurch a Greymouth, przejeżdża przez Arthur’s Pass i pokonuje Alpy Południowe. Dodatkową atrakcją jest przejazd przez 8,5-kilometrowy tunel Otira. Cała trasa zajmuje około 4,5 godziny w jedną stronę, a widoki z panoramicznych wagonów pozwalają spokojnie podziwiać to, co na drodze często umyka między zakrętami.</p>
<p>Artykuł <a href="https://girlonatrail.pl/arthurs-pass-national-park-najpiekniejsza-trasa-nowej-zelandii-2/">Arthur’s Pass National Park: Najpiękniejsza trasa Nowej Zelandii?</a> pochodzi z serwisu <a href="https://girlonatrail.pl"></a>.</p>
]]></description>
		
					<wfw:commentRss>https://girlonatrail.pl/arthurs-pass-national-park-najpiekniejsza-trasa-nowej-zelandii-2/feed/</wfw:commentRss>
			<slash:comments>0</slash:comments>
		
		
			</item>
		<item>
		<title>Auckland – metropolia na wulkanicznym polu minowym</title>
		<link>https://girlonatrail.pl/auckland-metropolia-na-wulkanicznym-polu-minowym/</link>
					<comments>https://girlonatrail.pl/auckland-metropolia-na-wulkanicznym-polu-minowym/#respond</comments>
		
		<dc:creator><![CDATA[Gosia]]></dc:creator>
		<pubDate>Sun, 19 Apr 2026 16:49:40 +0000</pubDate>
				<category><![CDATA[Nowa Zelandia]]></category>
		<category><![CDATA[Polinezja]]></category>
		<category><![CDATA[Auckland]]></category>
		<category><![CDATA[wiezowiec]]></category>
		<category><![CDATA[wulkan]]></category>
		<guid isPermaLink="false">https://girlonatrail.pl/?p=20032</guid>

					<description><![CDATA[<p>Auckland co prawda nie jest stolicą Nowej Zelandii, choć usilnie stara się sprawiać takie wrażenie. Zresztą historycznie pełniło tą rolę w latach 1841-1865. Dziś nowoczesna dzielnica biznesowa z wysokimi wieżowcami i kosmopolitycznymi knajpkami wygląda nadal jak centrum dowodzenia kraju. Miasto regularnie ląduje wysoko w rankingach jakości życia, bo tu po prostu dobrze się żyje. Pomimo, że jest drożej niż gdzie indziej w Nowej Zelandii, to najwyraźniej nikogo nie odstrasza, a tym bardziej turystów. Auckland może się pochwalić dość unikalnym położeniem. Leży na Auckland Volcanic Field, polu wulkanicznym składającym się z około 50–53 wulkanów. Wszystkie co prawda są dziś wygasłe, ale całe pole wulkaniczne wciąż uznawane jest za aktywne. To, co można by uznać za wadę, miasto przekuło w zaletę. Wiele z tych wulkanów zamieniono w parki i punkty widokowe. Mieszkańcy Auckland podeszli do tematu wyjątkowo pragmatycznie – skoro już przyszło im mieszkać na wulkanicznym polu minowym, to przynajmniej z ładnym widokiem. Dzień zaczęłam od Mt Eden, czyli Maungawhau – najwyższego punktu miasta i jednego z najbardziej fotogenicznych miejsc w Auckland. To wygasły wulkan o wysokości 196 metrów, którego ostatnia erupcja miała miejsce około 28 tysięcy lat temu. Na szczycie znajduje się ogromny krater w kształcie misy, głęboki na około 50 metrów. Krótki spacer na górę wynagradza panoramicznym widokiem na całe miasto, porty, zatoki i inne wulkany. Warto pamiętać, że krater jest miejscem świętym dla Maorysów, dlatego nie należy schodzić z wyznaczonych ścieżek. Historia Mt Eden ma jednak jeszcze jeden, dość nieoczywisty wątek. Kamienna platforma widokowa na szczycie powstała w XIX wieku przy pomocy… słonia. W tamtym czasie zbocza wulkanu były intensywnie eksploatowane, wydobywany tu bazalt posłużył do budowy domów, więzienia Mt Eden oraz samej platformy. Pracowali tu Maorysi i więźniowie, ale jednym z robotników był również słoń o imieniu Tom. Tom trafił do Nowej Zelandii jako prezent dla księcia Alfreda, syna królowej Wiktorii bo w XIX wieku, gdy nie miało się pomysłu na prezent dla arystokraty to po prostu dawało mu się słonia&#8230; Podczas podróży morskiej nosił tony węgla, a po przybyciu do Auckland wykorzystywano jego siłę do transportu ciężkich bloków kamienia na zboczu Mt Eden. Za swoją pracę dostawał cukierki i piwo, bo w tamtych czasach luźno podchodzono do BHP i praw zwierząt, nie wspominając o zdrowym rozsądku. Słoń nie został w Nowej Zelandii na stałe. Trafił do Europy, a jego szczątki można dziś oglądać w muzeum Trinity College w Dublinie. Platforma natomiast stoi do dziś i nadal oferuje jeden z najlepszych widoków w mieście. Z Mt Eden ruszyłam w stronę Karangahape Road, znanej wszystkim jako K’ Road. To jedna z tych ulic, które nie próbują udawać wielkomiejskiej elegancji. Pełno tu knajp, które bynajmniej nie zamykają się wraz z dobranocką. K’ Road słynie z tego, że tu się po prostu żyje, głośno, różnorodnie i bez spiny. Jest tu trochę artystycznie, trochę buntowniczo, ale zdecydowanie nie jest nudno. Kolejnym punktem był Albert Park, jeden z najstarszych parków w Auckland, założony w XIX wieku. Leży na wulkanicznym wzgórzu w samym centrum miasta i do dziś można tu zobaczyć ogromne drzewa, które pamiętają początki parku. Na jego terenie znajdują się ogrody oraz Auckland Art Gallery, ale to, czego nie widać na pierwszy rzut oka, kryje się pod ziemią. Pod parkiem zlokalizowana jest sieć tuneli z czasów II wojny światowej, zbudowanych jako schrony przeciwlotnicze. Dziś, co prawda są zamknięte, ale świadomość o ich istnieniu, daje inną perspektywę na to miejsce. Stamtąd przeszłam na High Street. Jest to miejsce, gdzie można zrobić zakupy, wypić dobrą kawę, zjeść kolację albo po prostu posiedzieć z kieliszkiem wina. Szczególne, kameralnie wygląda Vulcan Lane, wąskie przejście między głównymi ulicami z licznymi knajpkami. Będąc w okolicy warto zajrzeć także do Giapo – kultowej lodziarni. Serwują tutaj nowozelandzką klasykę &#8211; Hokey Pokey, czyli lody waniliowe z kawałkami toffi. Tuż obok znajduje się Viaduct Harbour – nadbrzeżna dzielnica pełna restauracji, barów i kawiarni, z widokiem na marinę. Auckland bywa nazywane „City of Sails”, zarejestrowanych jest tu ponad 135 tysięcy jachtów i łodzi, a port Waitematā oraz Zatoka Hauraki momentami wyglądają jak gigantyczny parking dla ludzi sceptycznych wobec życia na lądzie. Z właściwie z każdego punktu miasta można dostrzec ikonę Auckland &#8211; Sky Tower. Wysoka na 328 metrów wieża, dominuje nad panoramą miasta. To najwyższa konstrukcja na półkuli południowej. Jeśli ktoś woli spokojniejsze klimaty, warto zajrzeć do Parnell – najstarszej i jednej z najbardziej stylowych dzielnic Auckland. Urokliwa zabudowa oraz liczne restauracje i kawiarnie pozwalają odetchnąć od zgiełku centrum miasta. Auckland było ostatnim miejscem, które odwiedziłam w Nowej Zelandii. I dobrze, że zostawiłam je sobie na deser — idealnie podsumowało całą różnorodność kraju. Kończyć podróż w takim miejscu to trochę jak zamknąć przygodową książkę, do której już wiesz, że prędzej czy później wrócisz.</p>
<p>Artykuł <a href="https://girlonatrail.pl/auckland-metropolia-na-wulkanicznym-polu-minowym/">Auckland – metropolia na wulkanicznym polu minowym</a> pochodzi z serwisu <a href="https://girlonatrail.pl"></a>.</p>
]]></description>
		
					<wfw:commentRss>https://girlonatrail.pl/auckland-metropolia-na-wulkanicznym-polu-minowym/feed/</wfw:commentRss>
			<slash:comments>0</slash:comments>
		
		
			</item>
		<item>
		<title>Auckland, Devonport &#8211; fort, który nigdy nie strzelał… i fake news, który go zbudował</title>
		<link>https://girlonatrail.pl/auckland-devonport-fort-ktory-nigdy-nie-strzelal-i-fake-news-ktory-go-zbudowal/</link>
					<comments>https://girlonatrail.pl/auckland-devonport-fort-ktory-nigdy-nie-strzelal-i-fake-news-ktory-go-zbudowal/#respond</comments>
		
		<dc:creator><![CDATA[Gosia]]></dc:creator>
		<pubDate>Sun, 12 Apr 2026 16:44:26 +0000</pubDate>
				<category><![CDATA[Nowa Zelandia]]></category>
		<category><![CDATA[Polinezja]]></category>
		<category><![CDATA[Auckland]]></category>
		<category><![CDATA[bunkier]]></category>
		<category><![CDATA[fort]]></category>
		<category><![CDATA[wulkan]]></category>
		<guid isPermaLink="false">https://girlonatrail.pl/?p=20006</guid>

					<description><![CDATA[<p>Wystarczy kilkanaście minut, aby z centrum Auckland dopłynąć do Devonport – miejsca, które funkcjonuje w zupełnie innej rzeczywistości. Devonport leży między dwoma wygasłymi wulkanami, które ukształtowały jego historię i doskonale ją symbolizują. Na pierwszy rzut oka to spokojne, niemal senne przedmieście Auckland: drewniana zabudowa, kawiarnie, restauracje, dzieciaki łowiące ryby w zatoce z widokiem na wieżowce… ale to tylko pozory. Pod powierzchnią kryje się burzliwa historia, dzięki której Devonport kiedyś był jednym z najbardziej strategicznych punktów w regionie. Tuż przy terminalu promowym wznosi się Mount Victoria – 87-metrowy stożek wulkaniczny. Może nie robi wrażenia wysokością, ale widok z jego szczytu już tak. Już od najdawniejszych czasów miejsce to miało znaczenie strategiczne: najpierw Maorysi ulokowali tu swoje pā (fortyfikacje) żeby kontrolować dostęp do portu, później poszli w ich ślady Brytyjczycy. W 1885 roku ustawiono tu cztery 3-tonowe działa, a w 1898 roku na szczycie stanęło potężne 8-calowe działo Armstrong Elswick na tzw. znikającym stanowisku. Dzięki hydraulicznemu podestowi lufa mogła znikać w betonowej wnęce po każdym strzale, chroniąc obsługę. Działo wystrzeliło tylko raz – pociskiem ważącym ok. 95 kg na odległość pięciu mil (8km). Powód? Roztrzaskane okna i skuteczny protest mieszkańców. Dziś można je obejrzeć w niezmienionym stanie. Obok znajdował się Fort Victoria z magazynem, schronem i punktem obserwacyjnym połączonym telefonicznie z innymi fortyfikacjami. Jeden z bunkrów dziś służy jako miejsce koncertów lokalnego zespołu. Mount Victoria to dopiero początek, prawdziwe atrakcje można zobaczyć na drugim wygasłym wulkanie North Head, czyli Maungauika. Już wspinaczka na szczyt tłumaczy, dlaczego wybrano to miejsce na punkt obronny: widok 360 stopni robi niesamowite wrażenie. Fort z końca XIX wieku nigdy nie został użyty w walce – powstał w wyniku… fake newsa z 1873 roku. Wieść o okręcie „Kaskowiski”, który rzekomo przetransportował setki rosyjskich żołnierzy do Waitemata Harbour, wywołała panikę i obnażyła lukę w systemie obrony Nowej Zelandii. W rezultacie powstał fort ze znikającymi działami, tunelami i bunkrami. System obronny składał się z trzech baterii artyleryjskich North Battery, skierowaną na kanał Rangitoto, South Battery, pilnującą zatoki wewnętrznej oraz Summit/Cautley Battery na szczycie góry. Spacerując po North Head, można zobaczyć wiele historycznych punktów: stanowiska dla dział, punkty obserwacyjne ze ścianami pokrytymi muralami oraz drewniane koszary z 1885 roku z tunelami do Summit Battery. Nieopodal warto odwiedzić Torpedo Bay Naval Museum, które pozwala poznać historię Royal New Zealand Navy. Lokalizacja muzeum ma znaczenie historyczne. Teren był częścią systemu obronnego Auckland. Muzeum szczyci się jedną z największych w Nowej Zelandii kolekcji materiałów dotyczących historii marynarki, a wstęp dla międzynarodowych gości powyżej 18. roku życia kosztuje 10 dolarów. Aktualne ceny i szczegóły można znaleźć na stronie muzeum. Devonport – informacje praktyczne Prom z Auckland do Devonport kursuje regularnie, a rejs trwa około 10 minut. Start odbywa się z Pier 1, Ferry Terminal przy 99 Quay St, w ciągu dnia realizowanych jest około 30 kursów. Najwygodniej płacić kartą AT HOP lub zbliżeniowo (karta kredytowa, debetowa, Apple/Google/Samsung Pay). Ważne: przy wsiadaniu i wysiadaniu („tag on” i „tag off”) należy użyć tej samej karty. Istnieje także możliwość zakupu biletów papierowych w automatach lub w centrum obsługi klienta. Aktualne ceny i rozkład rejsów znajdziesz na Auckland Transport (Ferry Terminal – Downtown ↔ Devonport).</p>
<p>Artykuł <a href="https://girlonatrail.pl/auckland-devonport-fort-ktory-nigdy-nie-strzelal-i-fake-news-ktory-go-zbudowal/">Auckland, Devonport &#8211; fort, który nigdy nie strzelał… i fake news, który go zbudował</a> pochodzi z serwisu <a href="https://girlonatrail.pl"></a>.</p>
]]></description>
		
					<wfw:commentRss>https://girlonatrail.pl/auckland-devonport-fort-ktory-nigdy-nie-strzelal-i-fake-news-ktory-go-zbudowal/feed/</wfw:commentRss>
			<slash:comments>0</slash:comments>
		
		
			</item>
		<item>
		<title>Nowa Zelandia, dzień pierwszy: urodziny na końcu świata</title>
		<link>https://girlonatrail.pl/nowa-zelandia-dzien-pierwszy-urodziny-na-koncu-swiata/</link>
					<comments>https://girlonatrail.pl/nowa-zelandia-dzien-pierwszy-urodziny-na-koncu-swiata/#respond</comments>
		
		<dc:creator><![CDATA[Gosia]]></dc:creator>
		<pubDate>Sun, 29 Mar 2026 16:18:50 +0000</pubDate>
				<category><![CDATA[Nowa Zelandia]]></category>
		<category><![CDATA[Polinezja]]></category>
		<category><![CDATA[klify]]></category>
		<category><![CDATA[plaża]]></category>
		<category><![CDATA[wodospad]]></category>
		<category><![CDATA[wybrzeze]]></category>
		<guid isPermaLink="false">https://girlonatrail.pl/?p=19975</guid>

					<description><![CDATA[<p>Nigdy nie zapomnę pierwszego dnia w Nowej Zelandii. Były to moje urodziny i dokładnie tak sobie je wymarzyłam, daleko od domu, na końcu świata. Te pierwsze dni zawsze wbijają się w pamięć najmocniej&#160; są zapowiedzią całej podróży. A świadomość, że przede mną 18 dni przygód, podkręcała mnie jeszcze bardziej. Karekare Falls Pierwszym przystankiem były Karekare Falls w Waitakere Ranges Regional Park. Krótki, półkilometrowy szlak prowadzi do 30-metrowego wodospadu otoczonego palmami i egzotyczną roślinnością. Mercer Bay Loop – spacer z widokiem i historią Maorysów Kolejnym punktem był Mercer Bay Loop Track. Ten 2,2-kilometrowy szlak prowadzi do Te Ahua, miejsca ważnego dla Maorysów, z oszałamiającymi widokami na zachodnie wybrzeże. Wysoki klif, wiatr wymiatający włosy, fale uderzające o skały… czy można wyobrazić sobie lepszą scenerię? Piha, Lion Rock i Kitekite Falls – magia plaży Piha to przepiękna szeroka plaża, której ikoną jest Lion Rock. Ten stary wulkan w kształcie leżącego lwa spogląda na morze, a obok czeka kolejna ciekawostka – Keyhole Natural Tunnel. Jest to naturalny tunel wydrążony w skale wyglądający jak gigantyczne oko szpilki. Nieopodal można podreptać do Kitekite Falls – urokliwego wodospadu, do którego prowadzi ścieżka wijąca się przez las palm. Whites Beach i Anawhata Beach Track – niemal bezludne zakątki Nie trzeba jechać dalej, żeby zobaczyć kolejny niesamowity punkt widokowy – Te Waha Point Lookout. Roztacza się stamtąd widok na wybrzeże i niemal bezludną Whites Beach. Do punktu prowadzi Laird Thomson Track, przyjemna ścieżka wśród zielonych pól Nowej Zelandii. Anawhata Beach Track prowadzi nad urwiskami przez bujny las do małej, urokliwej plaży, gdzie często spotkasz… no właśnie, nikogo. Bethells Beach (Te Henga) – dzika siła Tasmana Jednak show kradnie Bethells Beach. To jedna z tych plaż, na których można poczuć się jak rozbitek. Dziki kawałek wybrzeża, szeroki piasek, woda w kolorze szmaragdu – idealne miejsce, by dać się porwać potędze Morza Tasmana. Dla wytrwałych czeka tu 10-kilometrowa trasa wzdłuż wybrzeża. Tirikohua Point – koniec świata w pigułce Tirikohua Point to mało znany, a przez to jeszcze bardziej klimatyczny fragment zachodniego wybrzeża Północnej Wyspy. Szlak przez dzikie pastwiska i trawę do pasa prowadzi do wysokich klifów, które wyglądają jak koniec świata. Trasa liczy niecałe 2 km, jest to mała odległość, żeby mieć plażę na wyłączność. Muriwai Gannet Colony Beach Wycieczkę kończy Muriwai Gannet Colony Beach. To obowiązkowy punkt dla miłośników przyrody i ptaków. Muriwai zachwyca czarnym wulkanicznym piaskiem i klifowym wybrzeżem. I na tym zakończył się pierwszy dzień w Nowej Zelandii i moje urodziny na krańcu świata. &#160;Zaledwie jeden dzień, a tyle atrakcji, że czułam jakbym przeżyła 100 😄</p>
<p>Artykuł <a href="https://girlonatrail.pl/nowa-zelandia-dzien-pierwszy-urodziny-na-koncu-swiata/">Nowa Zelandia, dzień pierwszy: urodziny na końcu świata</a> pochodzi z serwisu <a href="https://girlonatrail.pl"></a>.</p>
]]></description>
		
					<wfw:commentRss>https://girlonatrail.pl/nowa-zelandia-dzien-pierwszy-urodziny-na-koncu-swiata/feed/</wfw:commentRss>
			<slash:comments>0</slash:comments>
		
		
			</item>
		<item>
		<title>Oman – odkrywanie okolic Maskatu</title>
		<link>https://girlonatrail.pl/oman-odkrywanie-okolic-maskatu/</link>
					<comments>https://girlonatrail.pl/oman-odkrywanie-okolic-maskatu/#respond</comments>
		
		<dc:creator><![CDATA[Gosia]]></dc:creator>
		<pubDate>Sun, 08 Mar 2026 15:00:28 +0000</pubDate>
				<category><![CDATA[Azja]]></category>
		<category><![CDATA[Bliski Wschód]]></category>
		<category><![CDATA[Oman]]></category>
		<category><![CDATA[fort]]></category>
		<category><![CDATA[fortyfikacje]]></category>
		<category><![CDATA[twierdza]]></category>
		<guid isPermaLink="false">https://girlonatrail.pl/?p=19953</guid>

					<description><![CDATA[<p>Oman od wieków był strategicznie położony na szlakach handlowych. Znalazło to odzwierciedlenie w budowie licznych fortów obronnych, które miały zapewniać bezpieczeństwo przed najeźdźcami. Jedna z takich budowli &#8211; zamek Al Hazm, to jedna z najbardziej imponujących budowli w Omanie. Został zbudowany w XVIII wieku przez imama sułtana bin Saifa II. Zamek był nie tylko rezydencją władcy Omanu, ale pełnił również funkcję obronną. Dlatego też często znany jest również jako fort. Zamek Al Hazm jest unikalny ze względu na swoją konstrukcję. Do budowy sufitów nie zostało użyte drewno oraz zastosowano tu innowacyjny system wodociągowy zwany falaj &#8211; faladż. Falaj to system nawadniania znany w Omanie od tysięcy lat. Szacuje się, że jego początki mogą sięgać nawet 2500 lat p.n.e. Zasada jego działania była prosta. Woda z podziemnych źródeł zlokalizowanych w górach, była dostarczana akweduktami i tunelami do wiosek. Takie rozwiązanie gwarantowało przetrwanie w gorącym klimacie Omanu.&#160; Co ciekawsze, woda była doprowadzana nie tylko do pól, ale również do obiektów użyteczności publicznej. Realizowane było to za pomocą różnorodnego rodzaju śluz i kanałów rozprowadzających. Zresztą nie bez powodu słowo faladż, oznacza „rozdzielać”. W celu sprawiedliwej dystrybucji wody opracowano także specjalny sposób podziału. Czas poboru liczony był przy użyciu zegarów słonecznych i klepsydr.&#160; System ten wykorzystywany jest do dzisiaj w Omanie. Szacuje się, że łączna długość kanałów wynosi około 3000 km. Oprócz tego systemu Zamek Al Hazm był wyposażony w dodatkowe zbiorniki wody, które miały służyć na wypadek oblężenia lub pożaru. Ponadto, wyposażono go w liczne strzelnice i armaty. W jego murach znajdowały się również więzienie, magazyny na daktyle i inne produkt spożywcze, kuchnia, szkoła koraniczna (madrasa) oraz pomieszczenia mieszkalne dla imama i jego żon. Drugim fortem, który zrobił na mnie niesamowite wrażenie był fort Nakhal. Głównie za sprawą jego położenia, w otoczeniu gór i palm daktylowych. Nie jest znany dokładny czas jego wybudowania ale szacuje się, że liczy ponad 1500 lat. Natomiast duża część jego fortyfikacji, które możemy zobaczyć dzisiaj powstała w XVII wieku. Unikalną cechą fortu jest jego niejednolity wygląd. Został on ciekawe wkomponowany w skałę. W wielu miejscach skała jest elementem konstrukcji fortu, tworząc jego ściany.&#160; Zadaniem fortu było zabezpieczenie szlaku handlowego pomiędzy dawną stolicą w Nizwie, a Zatoką Omańską. Jednak, służył on także do celów mieszkalnych. Można tu zobaczyć komnaty z tradycyjnymi eksponatami, meczet oraz pomieszczenia do przechowywania żywności. Ciekawym pomieszczeniem, które widziałam w każdym omańskim forcie był magazyn daktyli. Daktyle były w nim układane w workach jeden na drugim, tak aby działały jak prasa, wyciskając sok z owoców znajdujących się na dnie. Specjalnie ukształtowana podłoga w magazynach umożliwiała odsączanie soku specjalnym kanałem do beczek. Nieco inną ciekawą konstrukcją znajdującą się w okolicy Maskat jest Tama Wadi Dayqah, która dostarcza wodę do stolicy Omanu. Została otwarta w 2012 r. i jest największym tego typu obiektem w kraju. Tama właściwie składa się z dwóch zapór:&#160; głównej o wysokości 75 metrów (246 stóp), i mniejszej zapory ziemnej o wysokości 48,5 metrów (149 stóp). Jednak zapora nie jest jedyną atrakcją tutaj. Na szczycie tamy znajduje się teren piknikowy z tarasem widokowym z którego roztacza się niesamowity widok na okolicę. Miejsce to nie jest łatwo dostępne, a zatem mała szansa na tłumy turystów. Podpatrzeć można natomiast lokalnych mieszkańców, którzy pod wiatami urządzają przyjęcia. Odkrywanie okolic Maskatu to nie tylko lekcja historii ale również odkrywanie naturalnego piękna tego kraju. Forty wbudowane w skały czy innowacyjne systemy wodne pokazują pomysłowość i wytrwałość mieszkańców Omanu. Natomiast nowoczesne konstrukcje jak tama Wadi Dayqah pokazują jak doskonale można wkomponować infrastrukturę krytyczną w środowisko naturalne.</p>
<p>Artykuł <a href="https://girlonatrail.pl/oman-odkrywanie-okolic-maskatu/">Oman – odkrywanie okolic Maskatu</a> pochodzi z serwisu <a href="https://girlonatrail.pl"></a>.</p>
]]></description>
		
					<wfw:commentRss>https://girlonatrail.pl/oman-odkrywanie-okolic-maskatu/feed/</wfw:commentRss>
			<slash:comments>0</slash:comments>
		
		
			</item>
		<item>
		<title>Abu Dhabi – atrakcje, architektura i lokalny klimat ZEA</title>
		<link>https://girlonatrail.pl/abu-dhabi-atrakcje-architektura-i-lokalny-klimat-zea/</link>
					<comments>https://girlonatrail.pl/abu-dhabi-atrakcje-architektura-i-lokalny-klimat-zea/#respond</comments>
		
		<dc:creator><![CDATA[Gosia]]></dc:creator>
		<pubDate>Sun, 01 Mar 2026 09:47:21 +0000</pubDate>
				<category><![CDATA[Azja]]></category>
		<category><![CDATA[Bliski Wschód]]></category>
		<category><![CDATA[ZEA]]></category>
		<category><![CDATA[Abu Dhabi]]></category>
		<category><![CDATA[Zjednoczone Emiraty Arabskie]]></category>
		<guid isPermaLink="false">https://girlonatrail.pl/?p=19929</guid>

					<description><![CDATA[<p>Abu Dhabi, stolica największego emiratu w ZEA, co prawda nie oferuje wielu atrakcji turystycznych, ale z pewnością jest warta zobaczenia. Na pierwszy rzut oka widać, że miasto to jest przeznaczone głównie dla mieszkańców. O ile w pobliskim Dubaju turyści stanowią większość, Abu Dhabi wydaje się być przez nich omijane. Podczas, gdy w emiracie Dubaju podstawę gospodarki stanowią obecnie nowe technologie i turystyka, Abu Dhabi pozostaje wciąż niezależne ze względu na wydobycie ropy. Dlatego też zachowało swój specyficzny lokalny charakter. Tradycyjnie w centrum miasta można zobaczyć liczne wieżowce. Niektóre z nich aż rażą po oczach, ale o gustach się nie dyskutuje 😉 Generalnie Abu Dhabi wydaje się być poligonem doświadczalnym dla rozmaitych śmiałych pomysłów architektonicznych. Przykładem może być the Capital Gate, zwane także Krzywą Wieżą Abu Dhabi Liczy 160 metrów wysokości i 35 pięter. Budynek jest przekrzywiony o 18 stopni czyli o 14 więcej niż Krzywa Wieża w Pizie. Jest najbardziej pochylonym budynkiem na świecie. Dzięki temu zostało uwzględnione w Księdze Rekordów Guuinessa. Przechylenie to nie byłoby możliwe bez solidnej konstrukcji. Budynek został umiejscowiony na fundamencie wykonanym z 490 pali, z których największe mają średnicę nawet sięgającą nawet jeden metr. Są one wbite na głębokość 30 metrów pod ziemią. Aldar HQ to kolejny ciekawy budynek w Abu Dhabi. Ze względu na swój unikalny okrągły kształt, zwany jest także monetą (coin). Efekt wypukłości został osiągnięty poprzez połączenie segmentów w kształcie rombu. Co ciekawsze, konstrukcja ta mimo, że wygląda dość delikatnie musi wytrzymywać duże obciążenie wiatrem, ze względu na dużą powierzchnię budynku. Centrum Abu Dhabi może nie jest tak spektakularne jak Dubaj, jednak panuje tutaj specyficzny, bardziej lokalny klimat. Nowoczesna zabudowa została doskonale wkomponowana w historyczne miejsca. Doskonałym przykładem takiego połączenia jest Qasr Al Hosn w tłumaczeniu ufortyfikowany pałac, zwany jest także Białym Fortem, ze względu na charakterystyczny biały odcień. Został wybudowany w XVIII wieku i jest najstarszą budowlą w Abu Dhabi. Wówczas w miejscu nowoczesnego miasta, zlokalizowana była wioska rybacka. Fort miał służyć ochronie szlaku handlowego. W centrum Abu Dhabi znajdują się również dwa parki: Capital Park i Formal Park. Zlokalizowane są tuż obok siebie. Capital Park wygląda na główne miejsce odpoczynku miejscowych. Znajdują się tu wiaty piknikowe, fontanna, place zabaw oraz boisko do koszykówki. Natomiast Formal Park znajduje się tuż przy promenadzie i stanowi ciekawy punkt obserwacyjny na wieżowce Abu Dhabi. Promenada jest natomiast doskonałym miejscem na wieczorny jogging lub spacer, szczególnie zachód słońca wygląda tu zjawiskowo. Roztacza się stąd ciekawy widok na miasto oraz plażę. Abu Dhabi z nieco innej perspektywy można także zobaczyć z przeciwległej Al Marina. Aby poczuć trochę lokalnego klimatu warto wybrać się na lokalny bazar daktyli. Daktyle od dawna odgrywają istotną rolę w kulturze Bliskiego Wschodu. Są owocami, które nieodłącznie kojarzą mi się z tym regionem. Na bazarze znajduje się około 45 rodzajów daktyli. Słodki zapach tych owoców unosi się w każdym ze sklepów, a lady uginają się pod ich ciężarem. Jest to także doskonała okazja do rozmowy z lokalnymi sprzedawcami oraz spróbowania lokalnych przysmaków. Po przejściu całego bazaru mogę zagwarantować, że nikt nie wyjdzie z niego głodny. W asortymencie jest także syrop i czekoladki z daktyli, rozmaite dżemy, inne suszone owoce oraz orzechy. Bazar najlepiej odwiedzić w godzinach wieczornych, wówczas targowanie przynosi lepsze efekty. Nieopodal znajduje się bazar z owocami i warzywami, gdzie można kupić świeże produkty w korzystnych cenach. Abu Dhabi, choć często pozostaje w cieniu pobliskiego Dubaju, ma swój unikalny urok i charakter, który warto zobaczyć. Obok nowoczesnej architektury, wybierając się do parków, na promenadę czy lokalny bazar można poczuć specyficzny lokalny klimat tego miasta. &#160;</p>
<p>Artykuł <a href="https://girlonatrail.pl/abu-dhabi-atrakcje-architektura-i-lokalny-klimat-zea/">Abu Dhabi – atrakcje, architektura i lokalny klimat ZEA</a> pochodzi z serwisu <a href="https://girlonatrail.pl"></a>.</p>
]]></description>
		
					<wfw:commentRss>https://girlonatrail.pl/abu-dhabi-atrakcje-architektura-i-lokalny-klimat-zea/feed/</wfw:commentRss>
			<slash:comments>0</slash:comments>
		
		
			</item>
		<item>
		<title>Mount Taranaki w Nowej Zelandii: trudny test na inteligencję oraz info praktyczne</title>
		<link>https://girlonatrail.pl/mount-taranaki-w-nowej-zelandii-trudny-test-na-inteligencje-oraz-info-praktyczne/</link>
					<comments>https://girlonatrail.pl/mount-taranaki-w-nowej-zelandii-trudny-test-na-inteligencje-oraz-info-praktyczne/#respond</comments>
		
		<dc:creator><![CDATA[Gosia]]></dc:creator>
		<pubDate>Sun, 22 Feb 2026 16:15:10 +0000</pubDate>
				<category><![CDATA[Nowa Zelandia]]></category>
		<category><![CDATA[Polinezja]]></category>
		<category><![CDATA[gora]]></category>
		<category><![CDATA[park narodowy]]></category>
		<category><![CDATA[wulkan]]></category>
		<guid isPermaLink="false">https://girlonatrail.pl/?p=19898</guid>

					<description><![CDATA[<p>Do Parku Narodowego Egmont dotarłam po południu. Główna gwiazda programu, czyli szczyt Taranaki, tradycyjnie schowała się w chmurach, czyli zrobił dokładnie to czego się spodziewałam. Nie było sensu wybierać się na dłuższą wspinaczkę więc zdecydowałam się na wersję light: Dawson Falls i Wilkies Pools. Już po przekroczeniu granicy parku miałam wrażenie, że znalazłam się w zupełnie innej rzeczywistości. Wąska, kręta droga prowadziła przez gęsty, zielony tunel, tworząc niemal bajkowy krajobraz. Żeby nie tracić czasu, uznałam, że nie będę dojeżdżać do Dawson Falls Visitor Centre i zatrzymałam się wcześniej tuż przy wejściu na ścieżkę. Krótki spacer przez porośnięty mchem las był jak podróż do innej czasoprzestrzeni, wyglądał jak zaprojektowany przez kogoś po ostrych psychodelikach. Potem pojawił się wysoki na 18 metrów wodospad. Wyglądał niesamowicie, bez lania wody 😉 Trasa do Wilkies Pools była przyjemną odmianą. Prowadziła przez bardziej cywilizowany las, a następnie przez wiszący most. Wilkies Pools to maleńkie wodospady z przelewowymi basenami, które świetnie nadawałby się na naturalne spa. W drodze powrotnej chmury w końcu się rozstąpiły i w oddali zobaczyłam Taranaki. Było już późno, więc trekkingi odpadały, ale ruszyłam w stronę tarasu widokowego przy North Egmont Visitor Centre. I wtedy dotarło do mnie, jak odjechane jest to miejsce. Droga była płaska jak stół z IKEI, aż nagle przed maską auta wyrósł mi idealny stożek wulkaniczny. Był absurdalnie blisko, zdecydowanie za blisko jak na coś, co powinno się oglądać z bezpiecznej odległości, a najlepiej na zdjęciu. Nigdy wcześniej nie widziałam czegoś tak nierealnego. Im bardziej się zbliżałam, tym bardziej dominował krajobraz. Wiszące nad nim chmury sprawiały wrażenie, jakby zaraz miał eksplodować. Było w tym coś pięknego i jednocześnie lekko przerażającego. W zachwycie, oglądając Taranaki w tylnym lusterku wracałam na kwaterę. Resztę punktów zostawiłam na następny dzień. Jeszcze nie wiedziałam, że los szykuje mi test inteligencji, który niestety oblałam. Następnego dnia wstałam skoro świt. W planach miałam trekking na Pouakai Reflective Tarn, a późnej przejazd na wybrzeże w okolice New Plymounth. Jednak jedząc śniadanie postanowiłam sobie ten dzień skutecznie skomplikować. Bo jak inaczej można nazwać próbę wyjęcia pestki awokado nożem. Efekt? z pełną determinacją Wbiłam sobie nóż w rękę. Pominę szczegółowy opis następstw tego czynu, powiem tylko tyle, że obserwując tą scenę zrobiło mi się słabo, bardzo słabo… &#160;Rana była wąska, ale głęboka. Otwierała się przy każdym ruchu palców i wglądała jak zapowiedź ekscytującego dnia. Rezygnacja z zaplanowanej trasy nie wchodziła w grę, miałam przy sobie opatrunki i zero zdrowego rozsądku.&#160; Dzięki temu, że miałam auto z automatem, mogłam w ogóle dojechać na start trasy. O ile prowadzenie auta jedną ręką nie było dużym wyzwaniem, to wykonanie podstawowej czynności zawiązania górskich butów było jak powrót do czasów, kiedy uczyłam się przechodzić z rzepów na sznurowadła. Czułam dokładnie tę samą, absolutną frustrację. Szlak był monotematyczny: drewniana kładka, schody, schody, jeszcze więcej schodów. Pogoda pochmurna, nadzieja na odbicie Taranaki w wodzie – minimalna. Krew pompowała, a opatrunki szybko znikały. Pomimo to szłam z nadzieją zobaczenia jednego z najbardziej fotogenicznych miejsc w Nowej Zelandii. W idealnych warunkach na Pouakai Reflective Tarn Mount Taranaki odbija się w wodzie jak w lustrze. Jednak w moim przypadku, idealne warunki istnieją, ale tylko w teorii. Na miejscu gęste chmury utrudniały zobaczenie czegokolwiek. A sam staw, który na zdjęciach wydaje się ogromny, w rzeczywistości okazał się zwykłą sadzawką. Schodzenie było jeszcze gorsze. Opatrunki się skończyły, z ręki kapało, a ja wzbudzałam coraz większe zainteresowanie turystów. Schody ciągnęły się w nieskończoność, a ja skupiałam się wyłącznie na tym, żeby dostać się jak najszybciej do samochodu i udać się do apteki. Apteka załatwiła sprawę, dostałam specjalne plastry, które &#160;do pewnego stopnia uszczelniły ranę, kryzys został zażegnany. Czy było warto? Tak. Czy zrobiłabym to jeszcze raz? Oczywiście, że tak! Czy następnym razem użyję łyżki? Zdecydowanie! 😀 Informacje o szlakach &#160; Wilkies Pools i Dawsons Falls Początek szlaków do Wilkies Pools i Dawsons Falls zaznaczyłam na poniższej mapce. Oba można zrobić w wersji dłuższej, jako pętlę. Wilkies Pools &#38; Dawsons Falls Loop liczy niecałe 4 km, przewyższenie wynosi 225 m, a standardowy czas przejścia to 1,5 – 2 godziny. Pouakai Reflective Tarn Do Pouakai Reflective Tarn prowadzi kilka ścieżek. Jedną z popularniejszych jest trasa z Mangorei Track Trailhead. Początkowo planowałam wybrać Pouakai Circuit, zaczynającą się na Kaiauai Car Park, ale opinie jasno sugerowały, że jest to opcja bardziej wymagająca. W związku z konsekwencjami moich ograniczeń umysłowych oraz ogólną chęcią przeżycia, ostatecznie wybrałam łatwiejszy wariant z Mangorei Road Car Park. Trasa w jedną stronę liczy 6 km, a standardowy czas przejścia to 5–6 godzin (tam i z powrotem tą samą drogą). Ja zrobiłam ją w 3 godziny, plus dodatkowe 30 minut na zmiany opatrunków, które skutecznie wybijały mnie z rytmu. Większa część szlaku prowadzi po drewnianych deskach. Gdy są mokre, a zazwyczaj są, bywają śliskie. Trasa jest przez to dość monotonna i żmudna, ale uczciwie trzeba przyznać, bez tych desek byłoby po prostu jedno wielkie bagno. Pierwszym przystankiem na trasie jest Pouakai Hut (ok. 5 km od startu), gdzie znajdują się bezpłatne toalety. Stamtąd to już tylko 1 km do Pouakai Reflective Tarns po relatywnie płaskiej ścieżce.</p>
<p>Artykuł <a href="https://girlonatrail.pl/mount-taranaki-w-nowej-zelandii-trudny-test-na-inteligencje-oraz-info-praktyczne/">Mount Taranaki w Nowej Zelandii: trudny test na inteligencję oraz info praktyczne</a> pochodzi z serwisu <a href="https://girlonatrail.pl"></a>.</p>
]]></description>
		
					<wfw:commentRss>https://girlonatrail.pl/mount-taranaki-w-nowej-zelandii-trudny-test-na-inteligencje-oraz-info-praktyczne/feed/</wfw:commentRss>
			<slash:comments>0</slash:comments>
		
		
			</item>
		<item>
		<title>Road trip w Nowej Zelandii</title>
		<link>https://girlonatrail.pl/road-trip-w-nowej-zelandii/</link>
					<comments>https://girlonatrail.pl/road-trip-w-nowej-zelandii/#respond</comments>
		
		<dc:creator><![CDATA[Gosia]]></dc:creator>
		<pubDate>Sun, 15 Feb 2026 16:24:18 +0000</pubDate>
				<category><![CDATA[Nowa Zelandia]]></category>
		<category><![CDATA[Polinezja]]></category>
		<category><![CDATA[samochód]]></category>
		<category><![CDATA[wypozyczanie samochodu]]></category>
		<guid isPermaLink="false">https://girlonatrail.pl/?p=19863</guid>

					<description><![CDATA[<p>Road trip po Nowej Zelandii to nie jest sposób przemieszczania się między atrakcjami, tylko atrakcja sama w sobie. Jednak muszę to powiedzieć wprost: Nowa Zelandia nie ma super infrastruktury drogowej. I to było dla mnie zaskoczenie, szczególnie że jest to kraj popularny wśród turystów. &#160; Ze względu na ukształtowanie terenu większość dróg to górskie, jednopasmowe serpentyny. I paradoksalnie to jest absolutnie fantastyczne. Każda trasa jest przeżyciem, a road trip po Nowej Zelandii spokojnie może być głównym punktem podróży, a nie tylko środkiem do celu. Jazda technicznie trudniejszymi odcinkami wśród gór, jezior i pustych przestrzeni daje niezapomniane wrażenia. Jednak przyjemność czasami odbiera stan techniczny dróg. Część z nich wygląda tak, jakby od lat była w trakcie niekończącego się remontu, inne są po prostu wyboiste. Szczególną ostrożność trzeba zachować w deszczowe dni, bo koleiny wypełnione wodą potrafią zaskoczyć i łatwo o poślizg. Trzeba jednak uczciwie przyznać, że przy ocenie jakości dróg warto wziąć pod uwagę skalę kraju. Nowa Zelandia ma zaledwie około 5,2 miliona mieszkańców przy powierzchni 268 tysięcy kilometrów kwadratowych. Dla porównania Polska ma 312 tysięcy kilometrów kwadratowych, ale mieszka w niej ponad sześć razy więcej ludzi. W efekcie spora część dróg prowadzi przez kompletne bezdroża i przejazdy po 100 kilometrów bez śladu jakiejkolwiek cywilizacja nie są tu niczym nadzwyczajnym. Jest w tym pewien urok, nawet jeśli asfalt czasami znika pod kołami. Nawigacja i tankowanie Mała liczba ludności i niski stopień urbanizacji przekładają się też bezpośrednio na ilość stacji benzynowych. W Nowej Zelandii naprawdę trzeba pilnować poziomu paliwa, bo zdarzają się odcinki, na których przez ponad 100 kilometrów nie ma żadnej stacji benzynowej. Czasami pojawiają się znaki ostrzegające o braku stacji, ale nie jest to regułą. Ja trzymałam się zasady, że nigdy nie schodzę poniżej połowy baku. Benzyna 91 kosztowała mnie zwykle między 2,50 a 2,70 NZD za litr (2025 r.). Przed wyjazdem warto zainstalować aplikację Gaspy, która pokazuje najtańsze stacje w okolicy, Najrozsądniej tankować w większych miastach, tam ceny są zauważalnie niższe. Warto też pobrać mapy offline, bo w Nowej Zelandii zasięg potrafi zniknąć szybciej niż benzyna. Opłaty drogowe W Nowej Zelandii na chwilę obecną (2026 r.) istnieją trzy płatne odcinki autostrad:&#8211; Northern Gateway Toll Road – na północ od Auckland&#8211; Tauranga Eastern Link&#8211; Takitimu DrivePełna informacja dostępna jest tutaj. Opłaty za przejazd nie są wysokie i wynoszą około 2,5 NZD (2025 r.). Płatności dokonuje się online, podając numer rejestracyjny pojazdu, i absolutnie nie wolno o tym zapomnieć. Na zapłatę jest pięć dni od przejazdu, w innym wypadku otrzymamy mandat. Oznaczenia płatnych dróg są czytelne i duże tablice wyraźnie informują o obowiązku uiszczenia opłaty. Zasady ruchu drogowego W Nowej Zelandii obowiązuje ruch lewostronny. Dlatego bezwzględnie trzeba trzymać się lewej strony, a na ronda wjeżdżać odwrotnie niż w ruchu prawostronnym, czyli pod prąd 😉Pamiętajcie o tym, aby przestrzegać przepisów drogowych. Pomimo że kierowcy siedzą z prawej strony ograniczenia prędkości są w systemie metrycznym nie imperialnym. W całym kraju można jeździć maksymalnie 100 km/h, choć czasami zdarzają się odcinki z ograniczeniem do 110 km. W miastach standardem jest 50 km/h, choć zdarzają się strefy z ograniczeniem do 30 km/h. Warto też pamiętać, że zaparkowanie „pod prąd” może skończyć się mandatem. Z moich obserwacji wynikało, że lokalni kierowcy naprawdę stosują się do tych przepisów. Policji praktycznie nie widziałam, fotoradary i odcinkowe pomiary prędkości trafiają się rzadko i zazwyczaj są oznaczone. Wypożyczenie samochodu Wypożyczenie samochodu w Nowej Zelandii nie stanowi żadnego problemu. Potrzebne jest polskie prawo jazdy oraz międzynarodowe. Przed wyjazdem natknęłam się na informacje, że wymagane jest międzynarodowe prawo jazdy wydane na podstawie Konwencji Genewskiej, ponieważ Nowa Zelandia jest jej sygnatariuszem. Na miejscu wypożyczalnie akceptowały również dokumenty wydane na podstawie Konwencji Wiedeńskiej, ale z perspektywy czasu uważam, że bezpieczniej wyrobić to genewskie. Nie miałam kontaktu z policją, więc nie testowałam tego w praktyce, ale lepiej dmuchać na zimne. Na rynku działa wiele znanych wypożyczalni. Na drogach było pełno aut z wypożyczalni Jucy, której wcześniej nie znałam. Choć może nie było ich tak dużo, ale je zapamiętałam bo rzucały się w oczy. Ja postawiłam na lokalną firmę Bargain Rental Cars, bo podróżowałam sama i zależało minimalizacji wydatków. Na Wyspie Północnej dostałam Nissana Tida z 2008 roku. Samochód miał już swoje lata i zdecydowanie nie był obiektem westchnień, ale jechał, więc spełniał swoje zadanie. Na Wyspie Południowej sytuacja zmieniła się diametralnie, bo w cenie auta klasy mini dostałam Toyotę Camry Hybrid z 2022 roku. Ten samochód zrobił mi prawdziwe wakacje. Początkowo cieszyłam się, że hybryda pozwoli mi zaoszczędzić na paliwie, a w praktyce… jeździłam jeszcze więcej, bo prowadzenie było czystą przyjemnością. Łącznie po nowozelandzkich drogach przejechałam niemal 6 tysięcy kilometrów i było to jedno z najbardziej niesamowitych doświadczeń z całej podróży. Każda trasa była przygodą sama w sobie i mam wrażenie, że mogłabym tam jeździć bez końca, nawet bez konkretnego celu na mapie. &#160;</p>
<p>Artykuł <a href="https://girlonatrail.pl/road-trip-w-nowej-zelandii/">Road trip w Nowej Zelandii</a> pochodzi z serwisu <a href="https://girlonatrail.pl"></a>.</p>
]]></description>
		
					<wfw:commentRss>https://girlonatrail.pl/road-trip-w-nowej-zelandii/feed/</wfw:commentRss>
			<slash:comments>0</slash:comments>
		
		
			</item>
		<item>
		<title>Rotorua – miasto nieprzewidywalne</title>
		<link>https://girlonatrail.pl/rotorua-miasto-nieprzewidywalne/</link>
					<comments>https://girlonatrail.pl/rotorua-miasto-nieprzewidywalne/#respond</comments>
		
		<dc:creator><![CDATA[Gosia]]></dc:creator>
		<pubDate>Sun, 01 Feb 2026 15:17:19 +0000</pubDate>
				<category><![CDATA[Nowa Zelandia]]></category>
		<category><![CDATA[Polinezja]]></category>
		<category><![CDATA[gejzer]]></category>
		<category><![CDATA[uzdrowisko]]></category>
		<guid isPermaLink="false">https://girlonatrail.pl/?p=19841</guid>

					<description><![CDATA[<p>Rotorua czuć na odległość. Zanim pojawi się tablica z nazwą miasta w powietrzu czuć specyficzny zapach siarkowodoru, który można porównać do zgniłego jajka. Jest to naturalną konsekwencją aktywności geotermalnej na tym obszarze. Jednak smród nie odstrasza turystów. Rotorua to jeden z głównych punktów turystycznych na Wyspie Północnej w Nowej Zelandii. Nazywana jest także żartobliwie Roto-Vegas, ze względu na dużą ilość neonów i knajp. Poza tym Rotorua ma też inne ksywy np. Sulphur City (Siarkowe Miasto) czy Rotten-rua i każda z nich oddaje specyficzny klimat tego miasta. Źródła geotermalne można tu spotkać na każdym kroku. Rotorua leży w samym sercu tzw. Taupo Volcanic Zone – jednego z najbardziej aktywnych geologicznie obszarów w Nowej Zelandii. Naturalnie gorąca woda od najdawniejszych czasów była dla lokalnej ludności darem od bogów. Najgorętsze źródła służyły do gotowania, cieplejsze do kąpieli, a domy budowano na ogrzanym gruncie, który działał jak naturalne ogrzewanie podłogowe. Jednak są także efekty uboczne geotermalnej aktywności. Domy w Rotorua nie mają piwnic, bo kopanie w ziemi mogłoby się zakończyć odkryciem kolejnego gorącego źródła. To samo odnosi się do cmentarzy, groby buduje się tu na powierzchni.&#160; Aktywność geotermalna to codzienność mieszkańców. Wystarczy przejść się do centrum miasta do Parku Kuirau. Znajdują się tu gorące źródła, parujące skały i bulgoczące błota. Wszystko dostępne bezpłatnie, w tym basen do moczenia stóp. Po drugiej stronie miasta znajdują się Government Gardens. Ze względu na walory lecznicze, w 1908 r. utworzono tu sanatorium. Leczono tu choroby skóry, reumatyzm i artretyzm. Zadziwiające jest, że nawet na końcu świata, sanatorium do złudzenia przypomina te znane z Europy. Znajdują się tu wszystkie elementy typowe dla uzdrowiska: charakterystyczna zabudowa, baseny termalne oraz park uzdrowiskowy. Wzdłuż brzegu jeziora Rotorua prowadzi ścieżka spacerowa, gdzie można zobaczyć charakterystyczną siarkową wodę oraz liczne ptaki wodne ostrożnie omijające miejsca z buchającymi oparami siarki. Rotorua to także ważne centrum kultury maoryskiej. Maorysi stanowią tu najliczniejszą grupę mieszkańców, spośród wszystkich nowozelandzkich miast. Idealnym miejscem do poznania bliżej ich tradycji i kultury jest Te Puia. To centrum kultury maoryskiej położone na terenie dawnej doliny geotermalnej Whakarewarewa. Zwiedzanie odbywa się z przewodnikiem (Maorysem) i trwa około 90 minut. W Te Puia można zobaczyć ptaka kiwi będącego symbolem Nowej Zelandii. Kiwi jest ptakiem nocnym, stąd można go obserwować w specjalnie przygotowanym ciemnym miejscu, w którym zabronione jest robienie zdjęć.&#160; Można tu także zajrzeć do szkoły rzeźby, tkactwa i jubilerstwa oraz poznać hangi – tradycyjny sposób gotowania w ziemnych piecach z gorącymi kamieniami. Ta metoda gotowania nie zmieniła się od setek lat i dalej jest praktykowana na tych terenach. W Te Puia można spróbować tradycyjnej kuchni maoryskiej oraz zobaczyć maoryski taniec haka. Jednak największą gwiazdą wycieczki jest gejzer Pōhutu – najaktywniejszy gejzer na półkuli południowej. Wyrzuca wodę i parę średnio co pół godziny, na imponującą wysokość 20–30 metrów. Kiedyś aktywność Pohutu była poważnie zagrożona. Liczne odwierty wykonywane przez mieszkańców w poszukiwaniu źródeł geotermalnych spowodowały obniżenie wydajności Pohutu. Dopiero program zamykania sztucznych odwiertów przywrócił dawną aktywność gejzera. W otoczeniu gejzera znajdują się gorące skały, dzięki którym można poczuć na własnej skórze ciepło wydobywające się z wnętrza ziemi. Hell’s Gate to kolejna geotermalna atrakcja w Rotorua. To nie jest zwykły park geotermalny, lecz najbardziej aktywna strefa geotermalna w Nowej Zelandii. Nazwa Wrota Piekieł, nie jest w tym wypadku marketingowym chwytem. Jak wskazuje nazwa, tj. Wrota Piekieł jest tu naprawdę piekielnie. Wszystko paruje, bulgocze i sprawia wrażenie jakby miało zaraz wybuchnąć. Z każdym korkiem czuje się tu potężną energię pochodzącą z wnętrza ziemi. Trasę zwiedzania wytyczają drewniane kładki, które sprawiają wrażenie tratw ratunkowych. Dookoła wszystko jest jakby wyblakłe, szare i jałowe. Nazwy mijanych miejsc przemawiają do wyobraźni: Diabelski Kocioł Devil’s Cauldron, Sodoma i Gomora (Sodom and Gomorrah), Piekielny Basen (Inferno Pool).&#160; W wielu miejscach temperatura bulgoczących mazi sięga 100°C, a czasem nawet więcej. Jeśli dodamy do tego parującą ziemię, bulgoczące błotne jeziora i buchające parą fumarole, mamy przepis na prawdziwie piekielny krajobraz. Na terenie parku znajduje się wulkan błotny, który działa dokładnie jak klasyczny wulkan, tylko zamiast lawy wypluwa gorące błoto i co kilka tygodni urządza pokaz bez ostrzeżenia. Jest to największy wulkan błotny w rezerwatach Nowej Zelandii. Tego typu wulkany zazwyczaj sięgają jeden metr wysokości, natomiast ten w Hell’s Gate liczy, aż trzy metry i stale rośnie, dobudowując kolejne warstwy błota, wraz z kolejną erupcją. Na szczęście w środku tego geotermalnego piekła trafia się niespodzianka: zielona enklawa z unikalnymi roślinami, które rosną tu dzięki ciepłu i bogatej w minerały glebie. W gąszczu zarośli można dostrzec Kakahi Falls, największy gorący wodospad na półkuli południowej, z wodą o temperaturze około 40 stopni. Dawniej maoryscy wojownicy kąpali się tu po bitwach, zmywając krew i opatrując rany. Zawarta w wodzie siarka działała antyseptycznie. Na terenie Hell’s Gate znajduje się też Medicine Lake, będące źródłem słynnego rotoruańskiego błota leczniczego. Od setek lat używano go do leczenia bólu i chorób skóry. Dziś błoto jest używane w spa, z którego można skorzystać za dodatkową opłatą. Sesje w basenach błotnych są ograniczone do dwudziestu minut, gdyż dłuższy czas w gorących warunkach mógłby spowodować przegrzane organizmu.&#160; Hell’s Gate oferuje trzy rodzaje leczniczego błota: czarne na reumatyzm i artretyzm, białe na oparzenia i szare do delikatnego złuszczania skóry. To miejsce bywa nieprzystępne i momentami przerażające. Surowe, wyblakłe kolory nie zachęcają do robienia instagramowych sweet fotek, ale to jest właśnie powód, dla którego Hell’s Gate przyciąga.&#160; Pozwala zobaczyć z bliska potężną siłę kryjącą się pod ziemią. Rotorua – przewidując nieprzewidywalne Rotorua jest miastem nieprzewidywalnym. Wiele atrakcji leży na terenach aktywnych sejsmicznie, więc zdrowy rozsądek to nie opcja, tylko konieczność. Należy bezwzględnie stosować się do komunikatów i ostrzeżeń. Do tego Rotorua jest dużym centrum turystycznym, co niestety ma swoją ciemniejszą stronę. Poziom drobnej przestępczości jest tu wyższy niż średnia krajowa, a najczęstszym problemem są włamania do samochodów. Złodzieje szczególnie upodobali sobie parkingi przy hostelach, atrakcjach turystycznych i punktach startowych szlaków. Zasada jest prosta: nie zostawiaj w aucie żadnych wartościowych rzeczy, nawet „na chwilę”. Rotorua to miejsce kontrastów –piękne i fascynujące, a zarazem przerażające. Miasto pachnie siarką, ziemia paruje pod stopami, a gejzery i wulkany błotne pokazują, na każdym kroku potężną siłę wnętrza ziemi. Rotorua to też serce kultury maoryskiej i uzdrowisko, w którym natura i tradycja łączą się w niezwykły sposób. Żeby zobaczyć to wszystko w pełni warto zarezerwować z wyprzedzeniem bilety do The Puia i Hell’s Gate.</p>
<p>Artykuł <a href="https://girlonatrail.pl/rotorua-miasto-nieprzewidywalne/">Rotorua – miasto nieprzewidywalne</a> pochodzi z serwisu <a href="https://girlonatrail.pl"></a>.</p>
]]></description>
		
					<wfw:commentRss>https://girlonatrail.pl/rotorua-miasto-nieprzewidywalne/feed/</wfw:commentRss>
			<slash:comments>0</slash:comments>
		
		
			</item>
	</channel>
</rss>
