<?xml version="1.0" encoding="UTF-8"?><rss version="2.0"
	xmlns:content="http://purl.org/rss/1.0/modules/content/"
	xmlns:wfw="http://wellformedweb.org/CommentAPI/"
	xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/"
	xmlns:atom="http://www.w3.org/2005/Atom"
	xmlns:sy="http://purl.org/rss/1.0/modules/syndication/"
	xmlns:slash="http://purl.org/rss/1.0/modules/slash/"
	>

<channel>
	<title></title>
	<atom:link href="https://girlonatrail.pl/feed/" rel="self" type="application/rss+xml" />
	<link>https://girlonatrail.pl/</link>
	<description></description>
	<lastBuildDate>Sun, 13 Sep 2026 11:54:04 +0000</lastBuildDate>
	<language>pl-PL</language>
	<sy:updatePeriod>
	hourly	</sy:updatePeriod>
	<sy:updateFrequency>
	1	</sy:updateFrequency>
	<generator>https://wordpress.org/?v=7.1</generator>

<image>
	<url>https://girlonatrail.pl/wp-content/uploads/2017/07/cropped-8656-1-32x32.jpg</url>
	<title></title>
	<link>https://girlonatrail.pl/</link>
	<width>32</width>
	<height>32</height>
</image> 
	<item>
		<title>Belgrad – od rzymskiej twierdzy do jugosłowiańskiej przyszłości</title>
		<link>https://girlonatrail.pl/belgrad-od-rzymskiej-twierdzy-do-jugoslowianskiej-przyszlosci/</link>
					<comments>https://girlonatrail.pl/belgrad-od-rzymskiej-twierdzy-do-jugoslowianskiej-przyszlosci/#respond</comments>
		
		<dc:creator><![CDATA[Gosia]]></dc:creator>
		<pubDate>Sun, 13 Sep 2026 11:50:11 +0000</pubDate>
				<category><![CDATA[Europa]]></category>
		<category><![CDATA[Serbia]]></category>
		<category><![CDATA[architektura]]></category>
		<category><![CDATA[cerkiew]]></category>
		<category><![CDATA[Europa Południowa]]></category>
		<category><![CDATA[jedzenie]]></category>
		<category><![CDATA[twierdza]]></category>
		<guid isPermaLink="false">https://girlonatrail.pl/?p=20355</guid>

					<description><![CDATA[<p>Po pierwszym dniu zwiedzania i całej dawce historii, która momentami była naprawdę ciężka, czas było ruszyć dalej, żeby zobaczyć Belgrad z innej perspektywy. Tym razem na pierwszy ogień poszedł Kalemegdan – miejsce, które chyba najbardziej kojarzy się z miastem. I tutaj naprawdę można się na chwilę zatrzymać, bo historia tego miejsca jest gruba. Pierwsze fortyfikacje pojawiły się tu jeszcze za czasów Celtów, a później swój ślad pozostawili tu Rzymianie. Przez kolejne stulecia twierdza była wielokrotnie przebudowywana przez kolejne imperia, dlatego dziś jest tu prawdziwy historyczny miszmasz – rzymskie pozostałości, tureckie grobowce, cerkwie, stare bramy, fortyfikacje i kolejne warstwy historii miasta. Sama twierdza leży na wzgórzu, z którego rozciąga się świetny widok na miejsce, gdzie Sawa wpada do Dunaju. I chyba właśnie ten widok jest jednym z powodów, dla których warto tu przyjść nawet wtedy, kiedy historia nie jest Waszym największym hobby. 😉 Do tego ogromny park, mnóstwo alejek, ławki, ludzie spacerujący i odpoczywający, można tu naprawdę fajnie spędzić czas bez żadnego konkretnego planu. Następnego dnia postanowiłam zobaczyć zupełnie inną stronę Belgradu. Czymś co szczególnie zwróciło moją uwagę w tym mieście była futurystyczna architektura z czasów Jugosławii. I tutaj miasto zdecydowanie ma się czym pochwalić. Jednym z najbardziej charakterystycznych przykładów jest Wschodnia Brama Belgradu, czyli trzy ogromne wieżowce znane jako Rudo. Z daleka wyglądają trochę jak trzy betonowe piramidy. Mają po 28 pięter i prawie 100 metrów wysokości. To właśnie ten rodzaj architektury, który można albo pokochać, albo uznać za absolutne betonowe szaleństwo. 😂 Ja zdecydowanie należę do tej pierwszej grupy. Budynki powstały w latach 70., w czasach, kiedy jugosłowiański modernizm miał ambicję budowania miast przyszłości. Dziś są już mocno nadgryzione zębem czasu, ale właśnie przez to robią jeszcze większe wrażenie. Z jednej strony monumentalna wizja socjalistycznej Jugosławii, z drugiej&#160; współczesna rzeczywistość i beton, który zdecydowanie najlepsze lata ma już za sobą. Ale na tym nie koniec architektonicznych potworków. Po drugiej stronie miasta znajduje się tzw. &#160;Zachodnia Brama Belgradu, czyli słynna Genex Tower. I tutaj już naprawdę trudno nie pomyśleć o jakiejś odjechanej wersji przyszłości. Dwie połączone wieże tworzą ogromną betonową konstrukcję zakończoną charakterystycznym okrągłym zwieńczeniem, w którym kiedyś działała obrotowa restauracja. Budynek powstał pod koniec lat 70. i miał być symboliczną bramą wprowadzającą do Belgradu. Po tych wszystkich betonach uznałam, że chyba przyda mi się zobaczyć coś zdecydowanie bardziej malowniczego. 😂Zdecydowałam się odwiedzić Zemun.&#160; Historycznie był osobnym miastem i dopiero w 1934 roku został włączony do Belgradu. Do dziś ma jednak zupełnie inny charakter. Zamiast jugosłowiańskiego betonu są tu niskie kamienice, brukowane uliczki, knajpki oraz promenada nad Dunajem. Nad Zemunem góruje wieża Gardoš – jeden z najlepszych punktów widokowych w tej części miasta. Ma 36 metrów wysokości i została zbudowana pod koniec XIX wieku. Na górę prowadzą stare, oryginalne schody, a z tarasu można zobaczyć Zemun, Dunaj i sporą część Belgradu. Na koniec zostawiłam sobie Cerkiew św. Sawy. To jedna z największych cerkwi prawosławnych na świecie i budynek, który z daleka wygląda monumentalnie, a z bliska robi jeszcze większe wrażenie. Jej historia jest zresztą równie skomplikowana jak historia samego miasta. Powstała w miejscu, gdzie według tradycji Turcy spalili relikwie św. Sawy w XVI wieku. Budowę obecnej świątyni rozpoczęto dopiero w 1935 roku, później przerwała ją II wojna światowa, a następnie okres komunistyczny. Prace wznowiono wiele lat później i formalnie zakończono dopiero w XXI wieku. Jednak nie samym zwiedzaniem człowiek żyje, a po kilku godzinach chodzenia po Belgradzie przyszedł moment na coś zdecydowanie bardziej przyziemnego – jedzenie. W końcu nie przyjechałam do Serbii tylko po to, żeby oglądać zabytki. Trzeba było sprawdzić, co serbska kuchnia ma do zaoferowania. Trafiłam do Restoran Mesara Mandić i zdecydowanie mogę polecić to miejsce. To jeden z tych lokali, gdzie najważniejsza jest zawartość talerza, a nie wymuskane wnętrze. Na dole znajduje się sklep mięsny, więc mięso na moim talerzu miało naprawdę krótką drogę do pokonania 😉 Zamówiłam pljeskavicę i była naprawdę mega – soczysta, porządnie doprawiona i dokładnie taka, jakiej oczekiwałam po serbskim grillu. Jeśli macie ochotę na konkretną porcję mięsa, warto tu zajrzeć. Nie jest to może najbardziej instagramowe miejsce w Belgradzie, ale po co komu Instagram, kiedy pljeskavica robi całą robotę? Koszt dania poniżej to 890 serbskich dinarów, czyli w przeliczeniu około 32 zł. Po całym dniu chodzenia po Belgradzie, oglądania ruin, futurystycznych wieżowców, śladów wojny, starego Zemunu i twierdzy miałam wrażenie, że zobaczyłam kilka zupełnie różnych miast, a wszystko to nadal był jeden Belgrad. I chyba właśnie ta różnorodność najbardziej mnie w nim urzekła.</p>
<p>Artykuł <a href="https://girlonatrail.pl/belgrad-od-rzymskiej-twierdzy-do-jugoslowianskiej-przyszlosci/">Belgrad – od rzymskiej twierdzy do jugosłowiańskiej przyszłości</a> pochodzi z serwisu <a href="https://girlonatrail.pl"></a>.</p>
]]></description>
		
					<wfw:commentRss>https://girlonatrail.pl/belgrad-od-rzymskiej-twierdzy-do-jugoslowianskiej-przyszlosci/feed/</wfw:commentRss>
			<slash:comments>0</slash:comments>
		
		
			</item>
		<item>
		<title>Belgrad cz. 1 – miasto kontrastów, historii i bałkańskiego chaosu</title>
		<link>https://girlonatrail.pl/belgrad-cz-1-miasto-kontrastow-historii-i-balkanskiego-chaosu/</link>
					<comments>https://girlonatrail.pl/belgrad-cz-1-miasto-kontrastow-historii-i-balkanskiego-chaosu/#respond</comments>
		
		<dc:creator><![CDATA[Gosia]]></dc:creator>
		<pubDate>Sun, 06 Sep 2026 16:29:16 +0000</pubDate>
				<category><![CDATA[Europa]]></category>
		<category><![CDATA[Serbia]]></category>
		<category><![CDATA[Europa Południowa]]></category>
		<category><![CDATA[park]]></category>
		<category><![CDATA[wieżowce]]></category>
		<guid isPermaLink="false">https://girlonatrail.pl/?p=20332</guid>

					<description><![CDATA[<p>Belgrad był drugim przystankiem w trakcie moich dłuższych tegorocznych wakacji. Pierwszą część spędziłam w Szkocji, gdzie przez 9 dni przejechałam ponad 3200 km. I szczerze mówiąc miałam już dość prowadzenia auta, zwiedzania, pakowania, rozpakowywania i ciągłego przemieszczania się 😀  Po takim maratonie wizja kolejnych kilometrów w Serbii nie była więc czymś, na co szczególnie czekałam. Ale cóż, skoro wakacyjny plan to zakładał, nie pozostawało mi nic innego, jak po prostu jechać dalej. Do Belgradu przyleciałam późnym popołudniem, odebrałam auto, dojechałam na kwaterę i… zbojkotowałam dalszą jazdę. Postanowiłam wybrać się pieszo do centrum. I tu pojawiła się bardzo przyjemna niespodzianka &#8211; od 2025 roku komunikacja miejska w Belgradzie jest bezpłatna. Autobusy, tramwaje i trolejbusy, po prostu wsiadasz i jedziesz. Dla mnie brzmiało to jak mega opcja, szczególnie po kilku tysiącach kilometrów za kierownicą. Belgrad bardzo szybko pokazał mi, że jest dość nietypowym miastem. Stolica Serbii ma historię sięgającą tysięcy lat, miała 15 różnych nazw, rzymskie korzenie, tureckie wpływy, jugosłowiański modernizm, ruiny po wojnie, podziemne bunkry, cerkwie, kafany, urbex i nocne życie, które jest niemal tak charakterystyczne dla miasta jak jego bałkański chaos. Nie wykluczam, że niedługo wpadnę tu na weekend żeby poimprezować 😉 Tym bardziej, że lubię takie miasta, trochę piękne, trochę chaotyczne, trochę surowe, a przede wszystkim z charakterem. Pierwszym miejscem, do którego dotarłam, był park Tašmajdan. I tutaj Belgrad od razu pokazał mi swoją znacznie mniej turystyczną i zdecydowanie bardziej tragiczną stronę. W parku znajduje się pomnik „We Were Just Children”, poświęcony 89 dzieciom, które zginęły podczas bombardowania Jugosławii przez NATO w 1999 roku. Centralną postacią monumentu jest trzyletnia Milica Rakić, która 17 kwietnia 1999 roku została śmiertelnie ranna od odłamków w swoim mieszkaniu. Przed pomnikiem znajduje się kamienna płyta z prostym napisem – „We were just children”. I chyba właśnie ta prostota robi tu największe wrażenie. Bez wielkich słów, bez patosu. Z Tašmajdan ruszyłam dalej w stronę cerkwi św. Marka. Ogromna, charakterystyczna świątynia z czerwonej cegły stoi praktycznie w środku miasta i jest jednym z najbardziej rozpoznawalnych punktów tej części Belgradu. Kilka minut później znalazłam się przy Parlamencie Republiki Serbii. I tutaj znowu historia dosłownie wychodzi na ulicę. Sam budynek powstał na początku XX wieku, ale jego budowa ciągnęła się przez kolejne dekady i ostatecznie został ukończony dopiero w 1936 roku. Przez lata obradował tutaj Parlament Jugosławii, później Serbii i Czarnogóry, a obecnie – Serbii. To jednak nie sama architektura sprawia, że miejsce jest tak ciekawe. 5 października 2000 roku właśnie tutaj rozegrały się jedne z najważniejszych wydarzeń współczesnej historii Serbii. Setki tysięcy ludzi wyszły wtedy na ulice, domagając się odejścia Slobodana Miloševicia. Demonstranci wdarli się do budynku, który został częściowo spalony i splądrowany. Charakterystycznym symbolem tej rewolucji było wykrzykiwane przez protestujących hasło „On jest skończony”. Był to jeden z kluczowych momentów kończących epokę Miloševicia. Kolejny punkt to był zdecydowanie cięższy kaliber. Na rogu Kneza Miloša i Nemanjine stoją ruiny dawnego Ministerstwa Obrony Federacyjnej Republiki Jugosławii, zbombardowanego podczas nalotów NATO w 1999 roku. I to nie jest subtelny ślad historii. To ogromna, ziejąca pustymi oknami ruina stojąca praktycznie w centrum miasta. Budynek został zaprojektowany w latach 50. przez architekta Nikole Dobrovića. Jego charakterystyczna, rozłożysta forma miała nawiązywać do krajobrazu miejsca bitwy nad Sutjeską z czasów II wojny światowej. Podczas bombardowań został trafiony kilkukrotnie. Co ciekawe, jego zniszczenie miało przede wszystkim znaczenie symboliczne, najważniejsze funkcje dowodzenia zostały wcześniej przeniesione w bezpieczniejsze miejsce. Dziś ruiny pozostają nietknięte. I chyba właśnie dlatego robią takie wrażenie. Belgrad bynajmniej nie próbuje tutaj tej historii zamieść pod dywan. Są fizycznym śladem wojny w samym środku współczesnego miasta. Niestety, robienie zdjęć tego obiektu jest zabronione, a budynek jest bardzo dobrze monitorowany. Nie zamierzałam więc testować, skuteczności służb porządkowych. Następnie ruszyłam w stronę bardziej pocztówkowego Belgradu. Na placu Terazije zobaczyłam Hotel Moskwa, jeden z najbardziej charakterystycznych budynków w mieście. Bogato zdobiona secesyjna elewacja, czerwony dywan przed wejściem i historia sięgająca początku XX wieku. Wśród jego słynnych gości byli między innymi Albert Einstein i Alfred Hitchcock. Tuż obok znaduje się Pałac Albanija, który może nie wygląda dziś szczególnie spektakularnie, ale ma swoje miejsce w historii Belgradu. Zbudowany w latach 30. XX wieku był pierwszym wysokościowcem w mieście i przez długi czas należał do najbardziej charakterystycznych budynków stolicy. W pobliżu znajduje się Plac Republiki, jedno z tych miejsc, gdzie można po prostu stanąć i obserwować Belgrad. Ludzie przemieszczający się we wszystkich kierunkach, kawiarnie, sklepy, uliczni muzycy i typowy miejski ruch. Skoro już byłam w tej części miasta, nie mogłam ominąć Skadarliji. To jedna z najbardziej klimatycznych ulic Belgradu – brukowana, pełna restauracji, kafan, muzyki i charakterystycznych starych kamienic. Dawniej była miejscem spotkań artystów, poetów, aktorów i wszelkiej maści bohemy. Dziś jest oczywiście znacznie bardziej turystyczna, ale nadal ma ten specyficzny bałkański klimat. Czekała mnie tu jeszcze jedna mała niespodzianka, szczególnie ciekawa dla kogoś, kto wcześniej był w Sarajewie. W okolicy Skadarliji znajduje się bowiem… belgradzka kopia sarajewskiego Sebilja. Jeśli byliście w Sarajewie, pewnie kojarzycie charakterystyczną osmańską fontannę stojącą na Baščaršiji. Ta w Belgradzie wygląda niemal identycznie i została podarowana miastu przez Sarajewo w 1989 roku. Bardzo symboliczny gest, szczególnie patrząc na późniejszą historię obu krajów… Następne skierowałam się do miejsca, które chyba najlepiej podsumowuje cały ten bałkański miszmasz – twierdzę Kalemegdan. Ale o niej w następnym poście, bo tam historia Belgradu robi się naprawdę gruba… i widoki też 😉</p>
<p>Artykuł <a href="https://girlonatrail.pl/belgrad-cz-1-miasto-kontrastow-historii-i-balkanskiego-chaosu/">Belgrad cz. 1 – miasto kontrastów, historii i bałkańskiego chaosu</a> pochodzi z serwisu <a href="https://girlonatrail.pl"></a>.</p>
]]></description>
		
					<wfw:commentRss>https://girlonatrail.pl/belgrad-cz-1-miasto-kontrastow-historii-i-balkanskiego-chaosu/feed/</wfw:commentRss>
			<slash:comments>0</slash:comments>
		
		
			</item>
		<item>
		<title>NC500 daleko na północ Szkocji</title>
		<link>https://girlonatrail.pl/nc500-daleko-na-polnoc-szkocji/</link>
					<comments>https://girlonatrail.pl/nc500-daleko-na-polnoc-szkocji/#comments</comments>
		
		<dc:creator><![CDATA[Gosia]]></dc:creator>
		<pubDate>Sun, 30 Aug 2026 15:31:49 +0000</pubDate>
				<category><![CDATA[Szkocja]]></category>
		<category><![CDATA[UK]]></category>
		<category><![CDATA[Europa]]></category>
		<category><![CDATA[Europa Północna]]></category>
		<category><![CDATA[góry]]></category>
		<category><![CDATA[jaskinia]]></category>
		<category><![CDATA[klify]]></category>
		<category><![CDATA[NC500]]></category>
		<category><![CDATA[plaża]]></category>
		<category><![CDATA[The North Coast 500]]></category>
		<guid isPermaLink="false">https://girlonatrail.pl/?p=20283</guid>

					<description><![CDATA[<p>NC500 czyli The North Coast 500 to jedna z najbardziej znanych tras samochodowych w Szkocji – około 830 kilometrów przez północne Highlands, wzdłuż wybrzeża, przez góry, małe miejscowości, plaże, klify i miejsca, w których czasem trudno uwierzyć, że to jeszcze Wielka Brytania. Im więcej mil pokonywałam tą drogą, tym bardziej miałam wrażenie, że Szkocja powoli odłącza się od reszty świata. Krajobraz stawał się coraz bardziej surowy, dziki i pusty. Znikały większe miejscowości, drogi robiły się węższe, a zamiast kolejnych zabudowań pojawiały się klify, wrzosowiska, góry i morze. I właśnie wtedy zaczęła się ta część trasy, na którą najbardziej czekałam. Północne wybrzeże Szkocji – z ruinami zamków zawieszonymi nad przepaścią, latarniami morskimi, skalnymi iglicami, jaskiniami i plażami wyglądającymi jak wyjęte z zupełnie innego kraju. &#160; Plan trasy &#160;</p>
<p>Artykuł <a href="https://girlonatrail.pl/nc500-daleko-na-polnoc-szkocji/">NC500 daleko na północ Szkocji</a> pochodzi z serwisu <a href="https://girlonatrail.pl"></a>.</p>
]]></description>
		
					<wfw:commentRss>https://girlonatrail.pl/nc500-daleko-na-polnoc-szkocji/feed/</wfw:commentRss>
			<slash:comments>2</slash:comments>
		
		
			</item>
		<item>
		<title>Nowa Zelandia deszczowa Cape Reinga, Sahara i najładniejszy kibel świata</title>
		<link>https://girlonatrail.pl/nowa-zelandia-deszczowa-cape-reinga-sahara-i-najladniejszy-kibel-swiata/</link>
					<comments>https://girlonatrail.pl/nowa-zelandia-deszczowa-cape-reinga-sahara-i-najladniejszy-kibel-swiata/#respond</comments>
		
		<dc:creator><![CDATA[Gosia]]></dc:creator>
		<pubDate>Sun, 26 Jul 2026 18:24:05 +0000</pubDate>
				<category><![CDATA[Nowa Zelandia]]></category>
		<category><![CDATA[Polinezja]]></category>
		<category><![CDATA[ocean]]></category>
		<category><![CDATA[pustynia]]></category>
		<category><![CDATA[wybrzeze]]></category>
		<guid isPermaLink="false">https://girlonatrail.pl/?p=20246</guid>

					<description><![CDATA[<p>Przylądek Reinga to miejsce, gdzie według tradycji Maorysów duchy wyruszają w podróż do zaświatów. Prowadzi tutaj trasa nr 1 kończąca się na najdalej wysuniętej na północ latarni morskiej w Nowej Zelandii. To tutaj Morze Tasmana łączy się z Oceanem Spokojnym. Rzeczywiście, droga tutaj wyglądała jakby prowadziła do miejsca, gdzie diabeł mówi dobranoc. Towarzyszyła mi ściana deszczu i porywisty wiatr. Na drodze nic się nie działo, dookoła zero cywilizacji, a ja z nudów pląsałam w rytm wycieraczek. Trasa wydawała się nie mieć końca, wijąc się wąskim pasem gruntu niczym miniaturowy półwysep – trochę jak Półwysep Helski, tylko w wersji dramatycznej. Szaro, ponuro, ale za to niesamowicie klimatycznie. Na końcu nastąpiła kulminacja, może nie tyle widoków co deszczu 😉 Drogę powrotną postanowiłam sobie urozmaicić, zjeżdżając w stronę Te Paki Sand Dunes. Spodziewałam się niepozornych, piaskowych pargórków, a tymczasem przed maską samochodu wyrosła mi prawdziwa Sahara. Wydmy rozpościerają się na długości około 10 kilometrów i sięgają nawet 150 metrów wysokości, absolutny odjazd. Serio, nigdy bym nie pomyślała, że coś takiego istnieje w Nowej Zelandii. Te Paki Sand Dunes leżą tuż obok legendarnej Ninety Mile Beach, która wcale nie ma 90 mil, tylko jakieś 55. To dość osobliwy fragment „autostrady”, biegnącej… po plaży szerokiej jak droga krajowa. Tak, dokładnie piasek zamiast asfaltu i fale zamiast barier energochłonnych. Opinie o wrażeniach z jazdy są skrajne. Ci, którym się udało, mówią: „spoko, bez dramatu”. Ci, którzy zostali tam na dłużej niż planowali, używają bardziej dosadnego słownictwa. Teoretycznie napęd 4&#215;4 nie jest konieczny, ale praktyka pokazuje, że nawet takie auta potrafią tu z gracją stać się stałym elementem krajobrazu. O tym, że nie ma stacji benzynowych chyba nie muszę wspominać. Swoją drogą to by była całkiem niezła historia jakby ktoś osiadł tu na stałe z braku paliwa 😀 A tak na poważnie, miejscowi mówią o trzech kluczowych zasadach: wycieczka tylko przy odpływie, zero jazdy po miękkim piasku, zero wody morskiej pod kołami. A teraz pytanie za 100 punktów, gdzie można wjechać prosto z pustyni? Oczywiście, że do gęstego, wilgotnego lasu. Witamy w Nowej Zelandii, tu nie ma czasu na aklimatyzację. Jednak Waipoua Forest to nie jest zwykły las, lecz jest to las gigantów. Rosną tu kauri-&#160;&#160; jedne z najwyższych drzew na świecie (zaraz po sekwojach). Tāne Mahuta, największy kauri w Nowej Zelandii i absolutny władca tej zielonej dżungli liczy 51 metrów wysokości, 13 metrów obwodu pnia, a jego wiek szacowany na 1250–2500 lat. Podróż po Północnej Wyspie najlepiej zakończyć w najmniej oczywisty sposób tzn. w toalecie. Hundertwasser Toilets w Kawakawa to z pewnością najpiękniejsza toaleta świata i jednocześnie ostatni projekt austriackiego artysty Friedensreicha Hundertwassera. Charakterystyczne kolorowe mozaiki i krzywe linie do złudzenia przypominają miniaturową wersję Kunst Haus Wien w Wiedniu. Różnica jest taka, że obiekt ten nie jest tylko galerią sztuki, to typowy przykład sztuki użytkowej! A więc można tu robić zdjęcia i nie tylko zdjęcia…</p>
<p>Artykuł <a href="https://girlonatrail.pl/nowa-zelandia-deszczowa-cape-reinga-sahara-i-najladniejszy-kibel-swiata/">Nowa Zelandia deszczowa Cape Reinga, Sahara i najładniejszy kibel świata</a> pochodzi z serwisu <a href="https://girlonatrail.pl"></a>.</p>
]]></description>
		
					<wfw:commentRss>https://girlonatrail.pl/nowa-zelandia-deszczowa-cape-reinga-sahara-i-najladniejszy-kibel-swiata/feed/</wfw:commentRss>
			<slash:comments>0</slash:comments>
		
		
			</item>
		<item>
		<title>Chiwa, Uzbekistan – miasto jak z „Baśni tysiąca i jednej nocy”</title>
		<link>https://girlonatrail.pl/chiwa-uzbekistan-miasto-jak-z-basni-tysiaca-i-jednej-nocy/</link>
					<comments>https://girlonatrail.pl/chiwa-uzbekistan-miasto-jak-z-basni-tysiaca-i-jednej-nocy/#respond</comments>
		
		<dc:creator><![CDATA[Gosia]]></dc:creator>
		<pubDate>Sun, 19 Jul 2026 16:10:35 +0000</pubDate>
				<category><![CDATA[Azja]]></category>
		<category><![CDATA[Uzbekistan]]></category>
		<category><![CDATA[Azja Centralna]]></category>
		<category><![CDATA[meczet]]></category>
		<guid isPermaLink="false">https://girlonatrail.pl/?p=20224</guid>

					<description><![CDATA[<p>Szczerze mówiąc, Chiwa prawie wypadła z mojego planu podróży po Uzbekistanie. Nie dlatego, że nie wydawała się interesująca. Wręcz przeciwnie, planując wycieczkę do Uzbekistanu wiedziałam, że jest jednym z tych miejsc, które muszę zobaczyć. Problem był zupełnie inny… logistyka. A dokładniej: mój pierwszy dzień w Uzbekistanie był delikatnie mówiąc ambitny. 😉 Po nocnym locie do Taszkentu, po którym czułam, że kawa jest jedyną rzeczą utrzymującą moje funkcje życiowe, czekał mnie jeszcze lokalny lot do miejscowości Urgencz. Tam odbierałam samochód i ruszałam dalej w drogę. Rozsądek podpowiadał, żeby odpuścić. Nieprzespana noc, dwa loty, temperatura sięgająca 40°C i perspektywa kolejnych sześciu godzin za kółkiem (docelowo moją metą była miejscowość Kungrad) były całkiem przekonującymi argumentami. Problem w tym, że mam jedną dość irytującą cechę, jeśli coś postanowię, to muszę to zrealizować. Chiwa, pomimo że nie znajdowała się po drodze była zbyt blisko, była zbyt wyjątkowa i zbyt długo czekała na mojej liście. &#160; Chiwa – miasto wykute z piasku pustyni Według legendy początki Chiwy sięgają czasów biblijnych. Miasto miał założyć Sem &#8211; syn Noego, który według opowieści wędrował przez pustynię, aż pewnej nocy ujrzał we śnie pochodnie wskazujące miejsce przyszłej osady. Podczas budowy osady miał natrafić na źródło wody i wykopać studnię nazwaną Kheyvak. Od niej właśnie miała pochodzić nazwa miasta – współczesna Khiva. Legenda legendą, ale jedno jest pewne w miejscu, gdzie dziś stoi Chiwa, od tysięcy lat woda była największym skarbem. Położona pomiędzy pustyniami Kara-kum i Kyzył-kum osada mogła istnieć właśnie dzięki dostępowi do źródeł i swojej strategicznej lokalizacji. Chiwa przez wieki była jednym z ważniejszych punktów na Jedwabnym Szlaku. Karawany przemierzające ogromne przestrzenie Azji Centralnej zatrzymywały się tutaj, aby odpocząć, uzupełnić zapasy i wymienić towary. Miasto słynęło przede wszystkim z produkcji jedwabnych i bawełnianych tkanin, ręcznie wykonywanych dywanów oraz rzemiosła, które do dziś pozostaje ważną częścią lokalnej kultury. Historia Chiwy była jednak równie fascynująca, co burzliwa. Przez wieki miasto przechodziło z rąk do rąk. Znajdowało się pod wpływem Arabów, Seldżuków, Mongołów, Timurydów, perskich władców oraz ostatecznie Rosjan. Iczan Kala &#8211; miasto zamknięte za murami Największym skarbem Chiwy jest bez wątpienia Iczan Kala, dawne miasto wewnętrzne, ukryte za potężnymi murami obronnymi. To właśnie tutaj po wejściu przez jedną z czterech bram można poczuć się tak, jakby czas zatrzymał się kilka wieków temu. Nie bez powodu Chiwa często nazywana jest miastem-muzeum. W niewielkiej przestrzeni znajduje się ogromna ilość zabytków: medresy, meczety, mauzolea, pałace i minarety. Największą zaletą Chiwy jest to, że większość atrakcji znajduje się bardzo blisko siebie, a Stare Miasto najlepiej zwiedzać bez większego planu. Wystarczy skręcić w boczną uliczkę, przejść przez niepozorną bramę i nagle znaleźć się na dziedzińcu dawnej medresy albo przed misternie zdobionymi drzwiami, które pamiętają czasy dawnych chanów. Potężne mury Iczan Kala to jeden z najbardziej charakterystycznych widoków Uzbekistanu. Ich falujące kształty, wykonane z suszonej cegły, wyglądają trochę nierealnie. Kalta Minor – niedokończony symbol Chiwy Chyba nie ma bardziej rozpoznawalnego miejsca w Chiwie niż Kalta Minor. Budowę rozpoczął w XIX wieku Muhammad Amin Khan, który miał ambitny plan stworzenia najwyższego minaretu w Azji Centralnej. Według legendy wieża miała osiągnąć nawet 70–80 metrów wysokości i pozwalać zobaczyć miasto Buchara oddalone o setki kilometrów. Historia jednak miała inny plan. Po śmierci fundatora budowę przerwano, pozostawiając minaret o wysokości około 29 metrów. Choć nigdy nie został ukończony, Kalta Minor i tak stała się symbolem miasta. Medresa Muhammad Amin Khan – największa w Chiwie Tuż obok Kalta Minor znajduje się monumentalna medresa Muhammad Amin Khan. Zbudowana w połowie XIX wieku była największą szkołą koraniczną w mieście. Mogła pomieścić około 260 studentów, co jak na tamte czasy było ogromną liczbą. Kuhna Ark – dawna siedziba chanów To była prawdziwa twierdza w twierdzy, siedziba chanów, centrum władzy i miejsce, gdzie skupiało się życie polityczne miasta. Jednym z najważniejszych miejsc w Kuhna Ark była sala tronowa chana. Dziś można zobaczyć jedynie kopię dawnego tronu. Oryginał po zdobyciu Chiwy przez Rosjan został wywieziony i obecnie znajduje się w zbiorach Muzeum Ermitażu w Petersburgu. Tuż obok Kuhna Ark znajduje się jedna z najbardziej imponujących medres Chiwy – Muhammad Rahim Khan Madrassah. Została zbudowana w XIX wieku z rozkazu Muhammada Rahima Chana II – jednego z ostatnich władców Chanatu Chiwańskiego. Był to władca nietypowy, ponieważ poza polityką interesowała go również kultura i sztuka.&#160; Medresa była nie tylko miejscem nauki religii. Studiowano tutaj również matematykę, astronomię, język arabski i literaturę. Kompleks mógł pomieścić ponad 70 studentów, którzy mieszkali w niewielkich celach rozmieszczonych wokół dziedzińca. Mauzoleum Pahlavana Mahmuda – święte miejsce Chiwy Jednym z najważniejszych miejsc w mieście jest mauzoleum Pahlavana Mahmuda. To postać niezwykła – poeta, filozof, nauczyciel, ale również legendarny zapaśnik, który w XIV wieku słynął z ogromnej siły. Według przekazów był człowiekiem niezwykle cenionym nie tylko za swoje umiejętności fizyczne, ale przede wszystkim za mądrość i dobroć.Po śmierci został uznany za patrona Chiwy, a jego grób stał się miejscem pielgrzymek. Islam Khoja – najwyższy punkt Chiwy Minaret Islam Khoja to najwyższy budynek w mieście. Wieża ma około 45 metrów wysokości i wygląda imponująco. Po zwiedzaniu Chiwy ruszyłam dalej przez pustynny Uzbekistan w kierunku miasta Kungrad. Po drodze miałam odwiedzić jedno z nietypowych miejsc w Uzbekistanie: Chilpik Kala, czyli dawną zoroastryjską „wieżę milczenia”. Szczerze przyznam, że miałam ogromną ochotę zwiedzić to miejsce. Chilpik Kala wygląda jak coś wyrwanego z innej epoki – tajemnicza kamienna konstrukcja stojąca na wzgórzu nad Amu-darią, gdzie według wierzeń zoroastryjskich odbywały się rytuały związane z pochówkiem zmarłych. Podjechałam praktycznie pod sam obiekt. Z samochodu wyglądał niesamowicie. &#160;Problem pojawił się dopiero wtedy, kiedy zobaczyłam, że droga do tej atrakcji prowadzi pod górę. Normalnie nie byłby to żaden dramat, ale upał sięgający ponad 40°C, nieprzespana noc, ból głowy i perspektywa kolejnych 150 km za kółkiem spowodowała, że przejrzałam zdjęcia tego miejsca, spojrzałam jeszcze raz na podejście i skapitulowałam.&#160; Pierwszy raz nie miałam z tego powodu wyrzutów sumienia. Chilpik Kala zostawiłam więc sobie na przyszłość. A droga do Kungrad i tak miała jeszcze kilka niespodzianek…</p>
<p>Artykuł <a href="https://girlonatrail.pl/chiwa-uzbekistan-miasto-jak-z-basni-tysiaca-i-jednej-nocy/">Chiwa, Uzbekistan – miasto jak z „Baśni tysiąca i jednej nocy”</a> pochodzi z serwisu <a href="https://girlonatrail.pl"></a>.</p>
]]></description>
		
					<wfw:commentRss>https://girlonatrail.pl/chiwa-uzbekistan-miasto-jak-z-basni-tysiaca-i-jednej-nocy/feed/</wfw:commentRss>
			<slash:comments>0</slash:comments>
		
		
			</item>
		<item>
		<title>Nowa Zelandia, Dunedin – szkocki klimat i ekstremalne ulice</title>
		<link>https://girlonatrail.pl/nowa-zelandia-dunedin-szkocki-klimat-i-ekstremalne-ulice/</link>
					<comments>https://girlonatrail.pl/nowa-zelandia-dunedin-szkocki-klimat-i-ekstremalne-ulice/#respond</comments>
		
		<dc:creator><![CDATA[Gosia]]></dc:creator>
		<pubDate>Sun, 28 Jun 2026 15:49:14 +0000</pubDate>
				<category><![CDATA[Nowa Zelandia]]></category>
		<category><![CDATA[Polinezja]]></category>
		<category><![CDATA[murale]]></category>
		<category><![CDATA[ocean]]></category>
		<category><![CDATA[plaza]]></category>
		<category><![CDATA[plaża]]></category>
		<guid isPermaLink="false">https://girlonatrail.pl/?p=20199</guid>

					<description><![CDATA[<p>Dunedin to miasto, które na pierwszy rzut oka wygląda bardzo poważnie. Gotycka, surowa architektura, okazałe katedry i dworzec kolejowy przypominający bardziej pałac z luksusowymi komnatami. Ale pod tą fasadą, kryje się pełne życia miasto, któremu rytm nadają studenci Uniwersytetu Otago – najstarszej uczelni w Nowej Zelandii. Widać to w rozmaitych zaułkach miasta i bocznych uliczkach, za fasadą majestatycznych budynków kryje się ciekawa sztuka uliczna i murale. Choć dziś Dunedin sprawia wrażenie spokojnego, w XIX wieku było najbogatszym i najbardziej zaludnionym miastem w całej Nowej Zelandii. Gorączka złota w Otago w latach 60. sprowadziła tu ludzi z całego świata. Wówczas otwarto tu pierwszy uniwersytet, szkołę medyczną, pierwszą codzienną gazetę, a po mieście jeździły elektryczne tramwaje. Dunedin znane jest także jako najbardziej szkockie miasto w Nowej Zelandii. Miasto szczyci się jedynym w kraju producentem kiltów, mnóstwem szkockich zespołów i hucznie obchodzonymi Burns Nights. Jedną z nietypowych atrakcji jest Baldwin Street. Jedna z najbardziej stromych ulic świata. Rzeczywiście ciężko na niej złapać równowagę, a domy wyglądają tak jakby zaraz miały runąć w dół. Poważnie, nie wyobrażam sobie tutaj&#160; powrotu do domu z imprezy. Jednak nie jest to wizja szalonego architekta, lecz efekt planowania przestrzennego na odległość. Urbaniści z Londynu, którzy projektowali miasto, po prostu nałożyli na mapę uporządkowany system siatki, nie biorąc pod uwagę jego rzeczywistego ukształtowania. W efekcie kilka ulic zostało zaplanowanych na bardzo stromych wzniesieniach. Baldwin Street słynie z corocznych imprez charytatywnych podczas których organizowane są tu biegi. Innym dziwacznym wydarzeniem jest wyścig Jaffa, w którym udział biorą czekoladowe kulki toczące się ze szczytu ulicy. Okolice Dunedin są również pełne atrakcji. Na dalekich przedmieściach miasta znajduje się Tunnel Beach, która jak można się domyślać słynie z tunelu. Został on wywiercony w XIX wieku i prowadzi prosto na przepiękną plażę otoczoną piaskowymi klifami. Dodatkową atrakcją są wylegujące się na piasku foki. Foki można też spotkać na pobliskiej Sandfly Bay. Natomiast 30 km od miasta, na półwyspie Otago, mieszkają albatrosy z rozpiętością skrzydeł do 3 metrów. W Royal Albatross Centre istnieje możliwość obserwacji tych ptaków. Dunedin to mieszanka kontrastów: od mrocznych tuneli i ekstremalnych ulic, dziwacznych wyścigów, przez foki, po gigantyczne albatrosy i szkockie tradycje. Jest idealne miejsce, w którym można zobaczyć niesamowitą różnorodność Nowej Zelandii.</p>
<p>Artykuł <a href="https://girlonatrail.pl/nowa-zelandia-dunedin-szkocki-klimat-i-ekstremalne-ulice/">Nowa Zelandia, Dunedin – szkocki klimat i ekstremalne ulice</a> pochodzi z serwisu <a href="https://girlonatrail.pl"></a>.</p>
]]></description>
		
					<wfw:commentRss>https://girlonatrail.pl/nowa-zelandia-dunedin-szkocki-klimat-i-ekstremalne-ulice/feed/</wfw:commentRss>
			<slash:comments>0</slash:comments>
		
		
			</item>
		<item>
		<title>Queenstown i okolice – adrenalina, złoto i bielizna na płocie</title>
		<link>https://girlonatrail.pl/queenstown-i-okolice-adrenalina-zloto-i-bielizna-na-plocie/</link>
					<comments>https://girlonatrail.pl/queenstown-i-okolice-adrenalina-zloto-i-bielizna-na-plocie/#respond</comments>
		
		<dc:creator><![CDATA[Gosia]]></dc:creator>
		<pubDate>Sun, 21 Jun 2026 09:21:43 +0000</pubDate>
				<category><![CDATA[Nowa Zelandia]]></category>
		<category><![CDATA[Polinezja]]></category>
		<category><![CDATA[gora]]></category>
		<category><![CDATA[gory]]></category>
		<guid isPermaLink="false">https://girlonatrail.pl/?p=20176</guid>

					<description><![CDATA[<p>Queenstown jest znane głównie jako miasto sportów ekstremalnych. Ziplining, Skydiving, rafting, jet boating, paralotniarstwo czy katapulty, to zaledwie część z rozmaitych atrakcji, jakie można doświadczyć w okolicy. Natomiast dla prawdziwych koneserów pozostają skoki na bungee. W 1988 roku na moście Kawarau Gorge Suspension Bridge, AJ Hackett i Henry van Asch, zapoczątkowali skoki na bungee. &#160;Zainspirowani rytualnymi skokami na lianach wykonywanymi przez mieszkańców Vanuatu, postanowili sprawdzić to na własnej skórze — najpierw w Auckland, a potem (bo czemu nie) na Wieży Eiffla. W ten sposób Kawarau stało się mekką skoczków bungee. Natomiast ci, którym nogi miękną jeszcze przed skokiem, mają przynajmniej gwarantowany ładny widok w drodze w dół. Ewentualnie dalsza trasa rzeką Kawarau, może dostarczyć dodatkowych atrakcji. Nieopodal mostu kręcono jedną z ikonicznych scen „Władcy Pierścieni”. Filmowe Argonath, czyli Kolumny Królów na rzece Anduin, powstały w malowniczym Wąwozie Kawarau. Rzeka Kawarau „zagrała” Anduin, a monumentalne posągi Isildura i Anáriona dorzucono już cyfrowo. Na szczęście, żeby zobaczyć to miejsce, nie trzeba się poświęcać ani oddawać życia sportom ekstremalnym, wystarczy podjechać kawałek na punkt widokowy. Wracając do Queenstown, choć miasto reklamuje się jako stolica adrenaliny, spokojnie można tu też… po prostu pochodzić. Dla mnie była to jednak opcja zdecydowanie ekstremalna. Więcej adrenaliny poczułam, lawirując między setkami turystów, którzy najwyraźniej umówili się na przyjazd dokładnie w tym samym terminie co ja 😉 Zresztą nic w tym dziwnego, Queenstown jest może niewielkie, ale za to położone spektakularnie nad jeziorem Wakatipu, w otoczeniu gór. Deptak nad jeziorem oraz kolejka gondolowa na Bob’s Peak są najbardziej oblegane przez turystów. To właśnie tu wszyscy się spotykają, podziwiają te same widoki i testują własną odporność na tłumy. Na szczęście wystarczy ruszyć trochę dalej, a Nowa Zelandia nagle staje się… bardziej intymna, kameralna. W drodze między Queenstown a Wānaką warto zajrzeć do Cardrona Bra Fence. Jest to płot obwieszony setkami (a właściwie tysiącami) biustonoszy. Jest tu niezbyt tłoczno, a ekspozycja tworzy tu całkiem osobistą atmosferę. Dlaczego akurat biustonosze? Nie wiem, wolę nie wnikać… W okolicy Queenstown znajdują się także dwa miasteczka ogarnięte kiedyś gorączką złota. Pierwsze Arrowtown, leży tuż obok od Queenstown i wygląda jak żywcem wyjęte z dzikiego zachodu. W 1862 roku znaleziono tu złoto w rzece Arrow i nagle zaczęli się tu tłumnie pojawiać poszukiwacze złota. Dziś Buckingham Street pełna jest drewnianych budynków, starych sklepów i pubów, a na obrzeżach odtworzono chińską osadę – pamiątkę po górnikach, którzy pracowali tu za połowę wynagrodzenia Europejczyków i nie byli szczególnie mile widziani. Drugie miasteczko, Cromwell kiedyś centrum wydobycia złota, a dziś sadownictwa. W latach 80. i 90. XX wieku miasto przeszło prawdziwą transformację przy okazji budowy tamy Clyde Dam. Gdy w 1992 roku tama została ukończona, dolina w jej pobliżu została zalana, a stare centrum miasta znalazło się pod wodą. Na szczęście część historycznych budynków udało się przenieść na wyżej położone tereny, a te, których nie dało się ruszyć, wiernie odbudowano. Dziś w Cromwell Heritage Precinct można spacerować uliczkami z XIX wieku i podziwiać dawne stajnie, domki z końca XIX w., sklepy czy magazyny zbożowe. Przed odrestaurowanym centrum znajduje się też nabrzeże, z którego odpływają rejsy po jeziorze Dunstan starym, drewnianym motorowcem z 1929 roku. Queenstown i okolice to mieszanka spektakularnej przyrody, historii i absolutnie szalonych atrakcji – od bungee, przez filmowe kolumny „Władcy Pierścieni”, po płot obwieszony tysiącami biustonoszy. W samym mieście króluje adrenalina i tłumy turystów, ale już kilkanaście kilometrów dalej czekają kameralne miasteczka z klimatem dzikiego zachodu i historią gorączki złota. &#160;</p>
<p>Artykuł <a href="https://girlonatrail.pl/queenstown-i-okolice-adrenalina-zloto-i-bielizna-na-plocie/">Queenstown i okolice – adrenalina, złoto i bielizna na płocie</a> pochodzi z serwisu <a href="https://girlonatrail.pl"></a>.</p>
]]></description>
		
					<wfw:commentRss>https://girlonatrail.pl/queenstown-i-okolice-adrenalina-zloto-i-bielizna-na-plocie/feed/</wfw:commentRss>
			<slash:comments>0</slash:comments>
		
		
			</item>
		<item>
		<title>Nairobi surrealistyczne &#8211; między safari a betonem</title>
		<link>https://girlonatrail.pl/nairobi-surrealistyczne-miedzy-safari-a-betonem/</link>
					<comments>https://girlonatrail.pl/nairobi-surrealistyczne-miedzy-safari-a-betonem/#respond</comments>
		
		<dc:creator><![CDATA[Gosia]]></dc:creator>
		<pubDate>Sun, 14 Jun 2026 16:23:35 +0000</pubDate>
				<category><![CDATA[Afryka]]></category>
		<category><![CDATA[Kenia]]></category>
		<category><![CDATA[Nairobi]]></category>
		<category><![CDATA[safari]]></category>
		<category><![CDATA[wieżowce]]></category>
		<category><![CDATA[zwierzęta]]></category>
		<guid isPermaLink="false">https://girlonatrail.pl/?p=20150</guid>

					<description><![CDATA[<p>Trudno dziś uwierzyć, że teren stolicy Kenii pokrywały kiedyś mokradła. Masajowie nazywali to miejsce Enkare Nyrobi, co oznacza „chłodne wody”. Stąd też, wzięła się nazwa tej metropolii. Rozwój Nairobi rozpoczął się pod koniec XIX w. wówczas dostrzeżono potencjał tych terenów jako centrum wymiany handlowej. W miarę rozrastania się miasta, Masajowie, którzy wypasali tu bydło, zostali przesiedleni. Obecnie Nairobi nazywane jest Krzemową Sawanną, ze względu na kwitnący tu przemysł technologiczny. Określa się je także &#8222;Zielonym Miastem w Słońcu” i nie bez powodu. Na jego terenie znajdują się liczne parki i tereny zieleni. Niemniej jednak jest to miasto pełne kontrastów. Ponad 60% jego 4,5 milionowej populacji żyje na granicy ubóstwa. Znajduje się tu także jeden z największych slumsów w Afryce &#8211; Kibera. Wystarczy pójść nieco dalej poza granice Centralnego Dystryktu Biznesowego, żeby zobaczyć prawdziwe realia życia w tym mieście. Osobiście miasto nie przypadło mi do gustu natomiast warto je odwiedzić ze względu na jedną unikalną atrakcję. Zaledwie 7 kilometrów od Nairobi, można znaleźć się w kompletnie odmiennej rzeczywistości. Znajduje się tu park narodowy, w którym można podziwiać surrealistyczny widok dzikich zwierząt na tle miejskiego krajobrazu. Park Narodowy Nairobi został tu utworzony w 1946 r. i jest najstarszym terenem chronionym w Kenii. Pomimo stosunkowo niewielkich rozmiarów, jest domem dla wielu dzikich zwierząt. Zamieszkuje go ponad 70 gatunków ssaków, w tym lwy, lamparty, zebry, małpy i bawoły. Brak tu tylko słoni, dla których park jest zbyt mały. Park jest również popularnym miejscem obserwacji ptaków oraz kluczowym siedliskiem dla zagrożonego wyginięciem czarnego nosorożca. Wstęp do parku nie należy do najtańszych. Bilet normalny kosztuje $60 natomiast ulgowy dla $20. Jednak możliwość zobaczenia dzikiej przyrody na tle ogromnej metropolii rekompensuje wysoką cenę. Drogi są w dobrym stanie, a park w porze suchej można bez problemu zwiedzać samochodem bez napędu 4&#215;4. Natomiast trzeba mieć na uwadze, że strażnicy parku mogą twierdzić, że jest to niemożliwe, próbując wymusić wypożyczenie samochodu z napędem na cztery koło w cenie od $150 do $200. Jest to nieprawda i o ile warunki pogodowe sprzyjają wjazd normalny prywatnym autem nie stanowi problemu. Podsumowując, Nairobi może nie jest idealnym miejscem turystycznym natomiast z pewnością warto je odwiedzić ze względu na możliwość zobaczenia dzikiej przyrody na tle panoramy tej ogromnej metropolii. &#160;</p>
<p>Artykuł <a href="https://girlonatrail.pl/nairobi-surrealistyczne-miedzy-safari-a-betonem/">Nairobi surrealistyczne &#8211; między safari a betonem</a> pochodzi z serwisu <a href="https://girlonatrail.pl"></a>.</p>
]]></description>
		
					<wfw:commentRss>https://girlonatrail.pl/nairobi-surrealistyczne-miedzy-safari-a-betonem/feed/</wfw:commentRss>
			<slash:comments>0</slash:comments>
		
		
			</item>
		<item>
		<title>Okolice Paeroa i Waihi – gigantyczna butla, murale, złoto i tunele</title>
		<link>https://girlonatrail.pl/okolice-paeroa-i-waihi-gigantyczna-butla-murale-zloto-i-tunele/</link>
					<comments>https://girlonatrail.pl/okolice-paeroa-i-waihi-gigantyczna-butla-murale-zloto-i-tunele/#respond</comments>
		
		<dc:creator><![CDATA[Gosia]]></dc:creator>
		<pubDate>Sun, 07 Jun 2026 17:41:41 +0000</pubDate>
				<category><![CDATA[Nowa Zelandia]]></category>
		<category><![CDATA[Polinezja]]></category>
		<category><![CDATA[kopalnia]]></category>
		<category><![CDATA[murale]]></category>
		<category><![CDATA[tunel]]></category>
		<guid isPermaLink="false">https://girlonatrail.pl/?p=20127</guid>

					<description><![CDATA[<p>Czy można zacząć zwiedzanie bardziej abstrakcyjnie niż od gigantycznej butli napoju? W Nowej Zelandii jak najbardziej. Szczególnie w miejscowości Paeroa, skąd pochodzi kultowy napój Lemon &#38; Paeroa. Ma słodko -cytrynowy smak i przypomina coś pomiędzy Sprite’em a porządną chemią z dzieciństwa. Napój powstał w 1907 roku właśnie tutaj, w miasteczku Paeroa, na bazie lokalnej wody mineralnej. Logo L&#38;P jest wszędzie, a ogromna brązowa butla jest dumą mieszkańców. Z Paeroa ruszyłam do Wąwozu Karangahake – dawnego centrum wydobywczego złota. Znajdują się tu dwie ścieżki spacerowe, każda z nich liczy około 2,5 kilometra. Pierwsza &#8211; Windows Walk prowadzi przez las i krótkie tunele górnicze, natomiast druga Rail Tunnel Loop biegnie wzdłuż rzeki i przecina kilometrowy, stary tunel kolejowy. Ten tunel to czyste złoto– klasyka urbexu. Był ciemny, długi, chłodny i zadawał się nie mieć końca. Tuż obok znajduje się Waihi &#8211; miasteczko, które dosłownie zostało zbudowane na żyle złota. Pierwsze złoża odkryto tu w 1878 roku, ale prawdziwa gorączka zaczęła się w 1894, kiedy zaczęto skutecznie wydobywać złoto przy użyciu cyjanku. &#160; Podziemne wydobycie zakończono w 1952 roku, ale w latach 80-tych kopalnię otwarto ponownie, tym razem odkrywkowo. Tak powstała Martha Mine, ogromna dziura, która wygląda jakby ktoś przywalił ogromnym meteorytem w ten skrawek ziemi. Ikoną Waihi jest Cornish Pumphouse – betonowa, trzypiętrowa konstrukcja z 1904 roku, która kiedyś pompowała 300 ton wody na godzinę, żeby kopalnia nie zamieniła się w basen. Kiedy kopalnia zaczęła się rozrastać, budynek znalazł się na krawędzi przepaści. Istniało tylko jedyne rozwiązanie, aby go uratować trzeba było go przesunąć. Operacja miała miejsce w 2006 r. W ciągu trzech miesięcy zmieniono jego położenie o prawie 300 metrów. Tuż za pompownią znajduje się punkt widokowy na kopalnię &#8211; Martha Mine. Martha Mine&#160; była jedną z najważniejszych kopalni złota na świecie – przez ponad 60 lat wydobyto tu złoto i srebro o wartości ponad 50 milionów dolarów. Kopalnię zamknięto po osuwisku w 2015 roku, ale krajobraz pozostał księżycowy. Wzdłuż kopalni prowadzi 4 – kilometrowa ścieżka, która pozwala zobaczyć ten głęboki na 600 metrów krater z każdej perspektywy.&#160; Na koniec odwiedziłam miasteczko Katikati, znane jako The Mural Town. Od lat 90. systematycznie pokrywa się muralami opowiadającymi historię regionu i pierwszych osadników. W 1996 roku zorganizowano nawet festiwal, żeby uczcić… dwudziesty mural. Dziś jest ich znacznie więcej, a spacer po miasteczku przypomina chodzenie po otwartej galerii sztuki. Warto dodać, że w okolicy znajduje się również Wairere Falls – najwyższy wodospad na Północnej Wyspie. Podobno robi niesamowite wrażenie, jednak nie mogłam osobiście tego sprawdzić, bo z niewiadomych przyczyn, droga do niego była zamknięta. Na pocieszenie odwiedziłam małą miejscowość Tirau, w której główną atrakcją jest: wielka owca, wielki baran i wielki pies z blachy falistej. Pies to centrum informacji turystycznej, owca ma w brzuchu sklep z wełną, a baran dołączył do stada w 2016 roku. Blaszana zwierzyna jest główną atrakcją turystyczną Tirau i taki właśnie był cel tego abstrakcyjnego pomysłu.&#160;</p>
<p>Artykuł <a href="https://girlonatrail.pl/okolice-paeroa-i-waihi-gigantyczna-butla-murale-zloto-i-tunele/">Okolice Paeroa i Waihi – gigantyczna butla, murale, złoto i tunele</a> pochodzi z serwisu <a href="https://girlonatrail.pl"></a>.</p>
]]></description>
		
					<wfw:commentRss>https://girlonatrail.pl/okolice-paeroa-i-waihi-gigantyczna-butla-murale-zloto-i-tunele/feed/</wfw:commentRss>
			<slash:comments>0</slash:comments>
		
		
			</item>
	</channel>
</rss>
