Auckland – metropolia na wulkanicznym polu minowym
Auckland co prawda nie jest stolicą Nowej Zelandii, choć usilnie stara się sprawiać takie wrażenie. Zresztą historycznie pełniło tą rolę w latach 1841-1865. Dziś nowoczesna dzielnica biznesowa z wysokimi wieżowcami i kosmopolitycznymi knajpkami wygląda nadal jak centrum dowodzenia kraju. Miasto regularnie ląduje wysoko w rankingach jakości życia, bo tu po prostu dobrze się żyje. Pomimo, że jest drożej niż gdzie indziej w Nowej Zelandii, to najwyraźniej nikogo nie odstrasza, a tym bardziej turystów.
Auckland może się pochwalić dość unikalnym położeniem. Leży na Auckland Volcanic Field, polu wulkanicznym składającym się z około 50–53 wulkanów. Wszystkie co prawda są dziś wygasłe, ale całe pole wulkaniczne wciąż uznawane jest za aktywne. To, co można by uznać za wadę, miasto przekuło w zaletę. Wiele z tych wulkanów zamieniono w parki i punkty widokowe. Mieszkańcy Auckland podeszli do tematu wyjątkowo pragmatycznie – skoro już przyszło im mieszkać na wulkanicznym polu minowym, to przynajmniej z ładnym widokiem.
Dzień zaczęłam od Mt Eden, czyli Maungawhau – najwyższego punktu miasta i jednego z najbardziej fotogenicznych miejsc w Auckland. To wygasły wulkan o wysokości 196 metrów, którego ostatnia erupcja miała miejsce około 28 tysięcy lat temu. Na szczycie znajduje się ogromny krater w kształcie misy, głęboki na około 50 metrów. Krótki spacer na górę wynagradza panoramicznym widokiem na całe miasto, porty, zatoki i inne wulkany. Warto pamiętać, że krater jest miejscem świętym dla Maorysów, dlatego nie należy schodzić z wyznaczonych ścieżek.
Historia Mt Eden ma jednak jeszcze jeden, dość nieoczywisty wątek. Kamienna platforma widokowa na szczycie powstała w XIX wieku przy pomocy… słonia. W tamtym czasie zbocza wulkanu były intensywnie eksploatowane, wydobywany tu bazalt posłużył do budowy domów, więzienia Mt Eden oraz samej platformy. Pracowali tu Maorysi i więźniowie, ale jednym z robotników był również słoń o imieniu Tom. Tom trafił do Nowej Zelandii jako prezent dla księcia Alfreda, syna królowej Wiktorii bo w XIX wieku, gdy nie miało się pomysłu na prezent dla arystokraty to po prostu dawało mu się słonia… Podczas podróży morskiej nosił tony węgla, a po przybyciu do Auckland wykorzystywano jego siłę do transportu ciężkich bloków kamienia na zboczu Mt Eden. Za swoją pracę dostawał cukierki i piwo, bo w tamtych czasach luźno podchodzono do BHP i praw zwierząt, nie wspominając o zdrowym rozsądku. Słoń nie został w Nowej Zelandii na stałe. Trafił do Europy, a jego szczątki można dziś oglądać w muzeum Trinity College w Dublinie. Platforma natomiast stoi do dziś i nadal oferuje jeden z najlepszych widoków w mieście.
Z Mt Eden ruszyłam w stronę Karangahape Road, znanej wszystkim jako K’ Road. To jedna z tych ulic, które nie próbują udawać wielkomiejskiej elegancji. Pełno tu knajp, które bynajmniej nie zamykają się wraz z dobranocką. K’ Road słynie z tego, że tu się po prostu żyje, głośno, różnorodnie i bez spiny. Jest tu trochę artystycznie, trochę buntowniczo, ale zdecydowanie nie jest nudno.

Kolejnym punktem był Albert Park, jeden z najstarszych parków w Auckland, założony w XIX wieku. Leży na wulkanicznym wzgórzu w samym centrum miasta i do dziś można tu zobaczyć ogromne drzewa, które pamiętają początki parku. Na jego terenie znajdują się ogrody oraz Auckland Art Gallery, ale to, czego nie widać na pierwszy rzut oka, kryje się pod ziemią. Pod parkiem zlokalizowana jest sieć tuneli z czasów II wojny światowej, zbudowanych jako schrony przeciwlotnicze. Dziś, co prawda są zamknięte, ale świadomość o ich istnieniu, daje inną perspektywę na to miejsce.
Stamtąd przeszłam na High Street. Jest to miejsce, gdzie można zrobić zakupy, wypić dobrą kawę, zjeść kolację albo po prostu posiedzieć z kieliszkiem wina. Szczególne, kameralnie wygląda Vulcan Lane, wąskie przejście między głównymi ulicami z licznymi knajpkami.
Będąc w okolicy warto zajrzeć także do Giapo – kultowej lodziarni. Serwują tutaj nowozelandzką klasykę – Hokey Pokey, czyli lody waniliowe z kawałkami toffi.

Tuż obok znajduje się Viaduct Harbour – nadbrzeżna dzielnica pełna restauracji, barów i kawiarni, z widokiem na marinę. Auckland bywa nazywane „City of Sails”, zarejestrowanych jest tu ponad 135 tysięcy jachtów i łodzi, a port Waitematā oraz Zatoka Hauraki momentami wyglądają jak gigantyczny parking dla ludzi sceptycznych wobec życia na lądzie.
Z właściwie z każdego punktu miasta można dostrzec ikonę Auckland – Sky Tower. Wysoka na 328 metrów wieża, dominuje nad panoramą miasta. To najwyższa konstrukcja na półkuli południowej.
Jeśli ktoś woli spokojniejsze klimaty, warto zajrzeć do Parnell – najstarszej i jednej z najbardziej stylowych dzielnic Auckland. Urokliwa zabudowa oraz liczne restauracje i kawiarnie pozwalają odetchnąć od zgiełku centrum miasta.
Auckland było ostatnim miejscem, które odwiedziłam w Nowej Zelandii. I dobrze, że zostawiłam je sobie na deser — idealnie podsumowało całą różnorodność kraju. Kończyć podróż w takim miejscu to trochę jak zamknąć przygodową książkę, do której już wiesz, że prędzej czy później wrócisz.


