Do Parku Narodowego Egmont dotarłam po południu. Główna gwiazda programu, czyli szczyt Taranaki, tradycyjnie schowała się w chmurach, czyli zrobił dokładnie to czego się spodziewałam. Nie było sensu wybierać się na dłuższą wspinaczkę więc zdecydowałam się na wersję light: Dawson Falls i Wilkies Pools. Już po przekroczeniu granicy parku miałam wrażenie, że znalazłam się w zupełnie innej rzeczywistości. Wąska, kręta droga prowadziła przez gęsty, zielony tunel, tworząc niemal bajkowy krajobraz.
Żeby nie tracić czasu, uznałam, że nie będę dojeżdżać do Dawson Falls Visitor Centre i zatrzymałam się wcześniej tuż przy wejściu na ścieżkę. Krótki spacer przez porośnięty mchem las był jak podróż do innej czasoprzestrzeni, wyglądał jak zaprojektowany przez kogoś po ostrych psychodelikach. Potem pojawił się wysoki na 18 metrów wodospad. Wyglądał niesamowicie, bez lania wody 😉
Trasa do Wilkies Pools była przyjemną odmianą. Prowadziła przez bardziej cywilizowany las, a następnie przez wiszący most. Wilkies Pools to maleńkie wodospady z przelewowymi basenami, które świetnie nadawałby się na naturalne spa.

W drodze powrotnej chmury w końcu się rozstąpiły i w oddali zobaczyłam Taranaki. Było już późno, więc trekkingi odpadały, ale ruszyłam w stronę tarasu widokowego przy North Egmont Visitor Centre. I wtedy dotarło do mnie, jak odjechane jest to miejsce. Droga była płaska jak stół z IKEI, aż nagle przed maską auta wyrósł mi idealny stożek wulkaniczny. Był absurdalnie blisko, zdecydowanie za blisko jak na coś, co powinno się oglądać z bezpiecznej odległości, a najlepiej na zdjęciu.
Nigdy wcześniej nie widziałam czegoś tak nierealnego. Im bardziej się zbliżałam, tym bardziej dominował krajobraz. Wiszące nad nim chmury sprawiały wrażenie, jakby zaraz miał eksplodować. Było w tym coś pięknego i jednocześnie lekko przerażającego.
W zachwycie, oglądając Taranaki w tylnym lusterku wracałam na kwaterę. Resztę punktów zostawiłam na następny dzień. Jeszcze nie wiedziałam, że los szykuje mi test inteligencji, który niestety oblałam. Następnego dnia wstałam skoro świt. W planach miałam trekking na Pouakai Reflective Tarn, a późnej przejazd na wybrzeże w okolice New Plymounth. Jednak jedząc śniadanie postanowiłam sobie ten dzień skutecznie skomplikować. Bo jak inaczej można nazwać próbę wyjęcia pestki awokado nożem. Efekt? z pełną determinacją Wbiłam sobie nóż w rękę. Pominę szczegółowy opis następstw tego czynu, powiem tylko tyle, że obserwując tą scenę zrobiło mi się słabo, bardzo słabo… Rana była wąska, ale głęboka. Otwierała się przy każdym ruchu palców i wglądała jak zapowiedź ekscytującego dnia. Rezygnacja z zaplanowanej trasy nie wchodziła w grę, miałam przy sobie opatrunki i zero zdrowego rozsądku. Dzięki temu, że miałam auto z automatem, mogłam w ogóle dojechać na start trasy. O ile prowadzenie auta jedną ręką nie było dużym wyzwaniem, to wykonanie podstawowej czynności zawiązania górskich butów było jak powrót do czasów, kiedy uczyłam się przechodzić z rzepów na sznurowadła. Czułam dokładnie tę samą, absolutną frustrację. Szlak był monotematyczny: drewniana kładka, schody, schody, jeszcze więcej schodów. Pogoda pochmurna, nadzieja na odbicie Taranaki w wodzie – minimalna. Krew pompowała, a opatrunki szybko znikały. Pomimo to szłam z nadzieją zobaczenia jednego z najbardziej fotogenicznych miejsc w Nowej Zelandii.
W idealnych warunkach na Pouakai Reflective Tarn Mount Taranaki odbija się w wodzie jak w lustrze. Jednak w moim przypadku, idealne warunki istnieją, ale tylko w teorii. Na miejscu gęste chmury utrudniały zobaczenie czegokolwiek. A sam staw, który na zdjęciach wydaje się ogromny, w rzeczywistości okazał się zwykłą sadzawką.
Schodzenie było jeszcze gorsze. Opatrunki się skończyły, z ręki kapało, a ja wzbudzałam coraz większe zainteresowanie turystów. Schody ciągnęły się w nieskończoność, a ja skupiałam się wyłącznie na tym, żeby dostać się jak najszybciej do samochodu i udać się do apteki. Apteka załatwiła sprawę, dostałam specjalne plastry, które do pewnego stopnia uszczelniły ranę, kryzys został zażegnany.
Czy było warto? Tak. Czy zrobiłabym to jeszcze raz? Oczywiście, że tak! Czy następnym razem użyję łyżki? Zdecydowanie! 😀

Informacje o szlakach
Wilkies Pools i Dawsons Falls
Początek szlaków do Wilkies Pools i Dawsons Falls zaznaczyłam na poniższej mapce. Oba można zrobić w wersji dłuższej, jako pętlę. Wilkies Pools & Dawsons Falls Loop liczy niecałe 4 km, przewyższenie wynosi 225 m, a standardowy czas przejścia to 1,5 – 2 godziny.
Pouakai Reflective Tarn
Do Pouakai Reflective Tarn prowadzi kilka ścieżek. Jedną z popularniejszych jest trasa z Mangorei Track Trailhead. Początkowo planowałam wybrać Pouakai Circuit, zaczynającą się na Kaiauai Car Park, ale opinie jasno sugerowały, że jest to opcja bardziej wymagająca. W związku z konsekwencjami moich ograniczeń umysłowych oraz ogólną chęcią przeżycia, ostatecznie wybrałam łatwiejszy wariant z Mangorei Road Car Park.
Trasa w jedną stronę liczy 6 km, a standardowy czas przejścia to 5–6 godzin (tam i z powrotem tą samą drogą). Ja zrobiłam ją w 3 godziny, plus dodatkowe 30 minut na zmiany opatrunków, które skutecznie wybijały mnie z rytmu. Większa część szlaku prowadzi po drewnianych deskach. Gdy są mokre, a zazwyczaj są, bywają śliskie. Trasa jest przez to dość monotonna i żmudna, ale uczciwie trzeba przyznać, bez tych desek byłoby po prostu jedno wielkie bagno.
Pierwszym przystankiem na trasie jest Pouakai Hut (ok. 5 km od startu), gdzie znajdują się bezpłatne toalety. Stamtąd to już tylko 1 km do Pouakai Reflective Tarns po relatywnie płaskiej ścieżce.