Milford Sound, Nowa Zelandia – zatoka, która okazała się fiordem
Milford Sound to miejsce dość specyficzne. Potrafi tu być tak mokro, że kierunek deszczu momentami przeczy prawom grawitacji – woda dosłownie leci do góry. A jakby tego było mało, po okolicy grasuje gang papug wyspecjalizowanych we… włamaniach do samochodów. Brzmi jak dramat, a tymczasem to najpopularniejsza atrakcja Nowej Zelandii.
Nazwa jednak sprytnie próbuje wprowadzić turystów w błąd. Milford Sound wcale nie jest żadnym “soundem”, czyli zatoką, lecz fiordem – i to jednym z najbardziej spektakularnych na świecie. Jak to możliwe? Cofnijmy się na chwilę do lekcji geografii. “Sound” to nic innego jak zalana dolina rzeczna w kształcie litery V. Fiord natomiast powstaje dzięki działalności lodowca i ma charakterystyczne, strome, skaliste zbocza. Milford Sound został wyrzeźbiony przez lodowiec podczas ostatniej epoki lodowcowej. Gdy lód się wycofał, Morze Tasmańskie po prostu wlało się do środka.
Efekt?
15 km długości, prawie 300 m głębokości i ściany skalne sięgające 1200–1700 m prosto z wody. Tak więc, sound i fiord niby się rymuje, ale coś tu nie gra. Skąd więc cały ten ambaras? Oczywiście z winy Europejczyków. Nie wystarczyło im wytępić prawie całą populację kiwi, musieli jeszcze pomylić fiord z zatoką. Zresztą Milford Sound początkowo był omijany przez europejskich odkrywców. Wąskie wejście nie wyglądało obiecująco, a kapitanowie ekspedycji, w tym słynny James Cook, bali się podpłynąć za blisko stromych gór. Fiord pozostał tajemnicą aż do 1812 roku, kiedy kapitan John Grono odkrył go i nazwał Milford Haven na cześć rodzinnych stron w Walii. Później John Lort Stokes zmienił na Milford Sound i tak już zostało.
Wysokie góry to nie jedyne wyzwanie Milford Sound. Drugim jest pogoda, a właściwie jej chroniczny brak. Milford Sound to miejsce, w którym pada średnio przez około 183 dni w roku, a roczne opady przekraczają 6 metrów. Dlatego ruszając w stronę Milford Sound, nie miałam wobec pogody żadnych oczekiwań. Prawo Murphy’ego działa u mnie bezbłędnie: jeśli gdzieś może padać, to na pewno będzie padać wtedy, gdy akurat tam jestem. Tymczasem, pogoda na miejscu miło mnie zaskoczyła.
Pomimo, że deszcz brzmi jak skuteczny sposób na odstraszenie turystów, to tak właściwie jest on głównym sprawcą całego show. Bez niego nie byłoby setek wodospadów. Dwa z nich są szczególne: Lady Bowen Falls o wysokości 162 metrów oraz Stirling Falls, niewiele niższy, bo „zaledwie” 151 metrów.
Reszta to wodospady sezonowe, które pojawiają się po intensywnych opadach i spływają po niemal pionowych ścianach skalnych. Jakby tego było mało, zdarza się tutaj, że deszcz i wiatr łączą siły w sposób sprzeczny z prawami. Przy odpowiednich warunkach wodospady potrafią lecieć do góry. Silne podmuchy wiatru, charakterystyczny kształt fiordu i ogromne ilości wody sprawiają, że strumienie unoszą się w powietrzu.
Zresztą to nie jedyna cecha charakterystyczna Milfod Sound. Ogromne ilości słodkiej wody spływającej z gór tworzą na powierzchni cienką warstwę, która unosi się nad słoną wodą Morza Tasmańskiego. Efektem tego zjawiska, jest charakterystyczny, ciemny, niemal atramentowy kolor fiordu i warunki, w których już 10 metrów pod powierzchnią jest tak ciemno, jak w głębinach na otwartym oceanie. Z pewnością są to warunki idealne dla morskich stworzeń, ale nie dla fotografów.
Jednak prawdziwą gwiazdą programu jest Mitre Peak – góra, która wyrasta niemal pionowo z tafli wody na wysokość 1692 metrów. Jest to jedna z najbardziej fotogenicznych gór w Nowej Zelandii i jedna z najwyższych na świecie, które wyrastają bezpośrednio z morza.
Najlepszym sposobem na zobaczenie Milford Sound z bliska jest rejs po fiordzie. Trwa około dwóch godzin i daje pełen pakiet wrażeń. Oprócz nieziemskich krajobrazów można tu zobaczyć także liczne foki wylegujące się na Seal Rock, delfiny, a przy odrobinie szczęścia nawet pingwiny grubodziobe.

Nic dziwnego, że Rudyard Kipling nazwał to miejsce ósmym cudem świata.

