Belgrad – od rzymskiej twierdzy do jugosłowiańskiej przyszłości
Po pierwszym dniu zwiedzania i całej dawce historii, która momentami była naprawdę ciężka, czas było ruszyć dalej, żeby zobaczyć Belgrad z innej perspektywy. Tym razem na pierwszy ogień poszedł Kalemegdan – miejsce, które chyba najbardziej kojarzy się z miastem.
I tutaj naprawdę można się na chwilę zatrzymać, bo historia tego miejsca jest gruba. Pierwsze fortyfikacje pojawiły się tu jeszcze za czasów Celtów, a później swój ślad pozostawili tu Rzymianie. Przez kolejne stulecia twierdza była wielokrotnie przebudowywana przez kolejne imperia, dlatego dziś jest tu prawdziwy historyczny miszmasz – rzymskie pozostałości, tureckie grobowce, cerkwie, stare bramy, fortyfikacje i kolejne warstwy historii miasta.

Sama twierdza leży na wzgórzu, z którego rozciąga się świetny widok na miejsce, gdzie Sawa wpada do Dunaju. I chyba właśnie ten widok jest jednym z powodów, dla których warto tu przyjść nawet wtedy, kiedy historia nie jest Waszym największym hobby. 😉
Do tego ogromny park, mnóstwo alejek, ławki, ludzie spacerujący i odpoczywający, można tu naprawdę fajnie spędzić czas bez żadnego konkretnego planu.
Następnego dnia postanowiłam zobaczyć zupełnie inną stronę Belgradu.
Czymś co szczególnie zwróciło moją uwagę w tym mieście była futurystyczna architektura z czasów Jugosławii. I tutaj miasto zdecydowanie ma się czym pochwalić. Jednym z najbardziej charakterystycznych przykładów jest Wschodnia Brama Belgradu, czyli trzy ogromne wieżowce znane jako Rudo. Z daleka wyglądają trochę jak trzy betonowe piramidy. Mają po 28 pięter i prawie 100 metrów wysokości. To właśnie ten rodzaj architektury, który można albo pokochać, albo uznać za absolutne betonowe szaleństwo. 😂 Ja zdecydowanie należę do tej pierwszej grupy. Budynki powstały w latach 70., w czasach, kiedy jugosłowiański modernizm miał ambicję budowania miast przyszłości. Dziś są już mocno nadgryzione zębem czasu, ale właśnie przez to robią jeszcze większe wrażenie. Z jednej strony monumentalna wizja socjalistycznej Jugosławii, z drugiej współczesna rzeczywistość i beton, który zdecydowanie najlepsze lata ma już za sobą.
Ale na tym nie koniec architektonicznych potworków. Po drugiej stronie miasta znajduje się tzw. Zachodnia Brama Belgradu, czyli słynna Genex Tower. I tutaj już naprawdę trudno nie pomyśleć o jakiejś odjechanej wersji przyszłości. Dwie połączone wieże tworzą ogromną betonową konstrukcję zakończoną charakterystycznym okrągłym zwieńczeniem, w którym kiedyś działała obrotowa restauracja. Budynek powstał pod koniec lat 70. i miał być symboliczną bramą wprowadzającą do Belgradu.

Po tych wszystkich betonach uznałam, że chyba przyda mi się zobaczyć coś zdecydowanie bardziej malowniczego. 😂Zdecydowałam się odwiedzić Zemun. Historycznie był osobnym miastem i dopiero w 1934 roku został włączony do Belgradu. Do dziś ma jednak zupełnie inny charakter. Zamiast jugosłowiańskiego betonu są tu niskie kamienice, brukowane uliczki, knajpki oraz promenada nad Dunajem.
Nad Zemunem góruje wieża Gardoš – jeden z najlepszych punktów widokowych w tej części miasta. Ma 36 metrów wysokości i została zbudowana pod koniec XIX wieku. Na górę prowadzą stare, oryginalne schody, a z tarasu można zobaczyć Zemun, Dunaj i sporą część Belgradu.

Na koniec zostawiłam sobie Cerkiew św. Sawy. To jedna z największych cerkwi prawosławnych na świecie i budynek, który z daleka wygląda monumentalnie, a z bliska robi jeszcze większe wrażenie. Jej historia jest zresztą równie skomplikowana jak historia samego miasta. Powstała w miejscu, gdzie według tradycji Turcy spalili relikwie św. Sawy w XVI wieku. Budowę obecnej świątyni rozpoczęto dopiero w 1935 roku, później przerwała ją II wojna światowa, a następnie okres komunistyczny. Prace wznowiono wiele lat później i formalnie zakończono dopiero w XXI wieku.
Jednak nie samym zwiedzaniem człowiek żyje, a po kilku godzinach chodzenia po Belgradzie przyszedł moment na coś zdecydowanie bardziej przyziemnego – jedzenie. W końcu nie przyjechałam do Serbii tylko po to, żeby oglądać zabytki. Trzeba było sprawdzić, co serbska kuchnia ma do zaoferowania. Trafiłam do Restoran Mesara Mandić i zdecydowanie mogę polecić to miejsce. To jeden z tych lokali, gdzie najważniejsza jest zawartość talerza, a nie wymuskane wnętrze. Na dole znajduje się sklep mięsny, więc mięso na moim talerzu miało naprawdę krótką drogę do pokonania 😉 Zamówiłam pljeskavicę i była naprawdę mega – soczysta, porządnie doprawiona i dokładnie taka, jakiej oczekiwałam po serbskim grillu. Jeśli macie ochotę na konkretną porcję mięsa, warto tu zajrzeć. Nie jest to może najbardziej instagramowe miejsce w Belgradzie, ale po co komu Instagram, kiedy pljeskavica robi całą robotę? Koszt dania poniżej to 890 serbskich dinarów, czyli w przeliczeniu około 32 zł.

Po całym dniu chodzenia po Belgradzie, oglądania ruin, futurystycznych wieżowców, śladów wojny, starego Zemunu i twierdzy miałam wrażenie, że zobaczyłam kilka zupełnie różnych miast, a wszystko to nadal był jeden Belgrad. I chyba właśnie ta różnorodność najbardziej mnie w nim urzekła.



