Europa,  Szkocja,  UK

The North Coast 500 – przez Highlands na czterech kołach

The North Coast 500 to trasa, którą  z pewnością zapamiętam na długo. I tym razem nie tylko ze względu na krajobrazy. Sama jazda po NC500 potrafi być ciekawym doświadczeniem. W wielu miejscach droga robi się naprawdę wąska i przechodzi w single-track road, czyli jeden pas, którym muszą poradzić sobie samochody jadące w obu kierunkach. Co jakiś czas pojawiają się niewielkie passing places, w które trzeba zjechać, żeby przepuścić samochód z naprzeciwka. Czasem trzeba też trochę pokombinować, a jeśli minie się mijankę w złym momencie, pozostaje cofanie.

Do tego dochodzą ostre zakręty, ślepe wzniesienia, hidden dips, czyli nagłe zagłębienia drogi, których wcześniej praktycznie nie widać (to jest problem przy większych prędkościach), a także strome podjazdy i zjazdy. Widoczność często jest mocno ograniczona, więc trzeba cały czas obserwować drogę i przewidywać, co może pojawić się za kolejnym zakrętem czy wzniesieniem. A na drodze oczywiście można spotkać nie tylko samochody. Owce potrafią urządzić sobie spacer środkiem jezdni i nie widzą powodu, żeby respektować jakiekolwiek zasady ruchu drogowego.

Jazda wymaga więc sporo koncentracji, ale właśnie dzięki temu podróż NC500 dawała mi najwięcej zabawy. Wszystkie te atrakcje na drodze sprawiały, że za kierownicą naprawdę nie mogłam się nudzić. Jakby tego było mało wzdłuż the North Coast 500 jest pełno punktów widokowych, zresztą sama droga prowadziła przez krajobrazy, przy których co chwilę chciało się zatrzymać. Raz pojawiała się turkusowa zatoka i biała plaża, chwilę później surowe góry, głęboko wcięty loch albo skaliste wybrzeże. I właśnie dlatego przejechanie tego odcinka zajęło mi zdecydowanie więcej czasu, niż zakładałam.

PLAN PODRÓŻY

Droga była kręta, wąska i momentami całkiem wymagająca. Do tego po drodze minęłam chyba pół Niderlandów, najwyraźniej trafiłam na zlot holenderskich kierowców, którzy uznali, że single-track road to idealne miejsce na większe spotkanie towarzyskie. Tym bardziej ucieszył mnie Drumbeg Viewpoint, jedno z pierwszych miejsc, przy których nie miałam najmniejszych wątpliwości, że trzeba się zatrzymać. Wreszcie mogłam wysiąść z samochodu i spokojnie się rozejrzeć. A było na co. Dostałam dokładnie to, czego można oczekiwać od północno-zachodniej Szkocji ,ogromną panoramę wybrzeża, poszarpaną linię brzegową, małe zatoki, rozsiane po morzu wysepki i bezkresną wodę ciągnącą się aż po horyzont.

Potem po przeprawie przez góry pojawiła się Clachtoll Beach – niewielka zatoka z jasnym piaskiem i wodą w kolorze, który kompletnie nie pasuje do stereotypowego obrazu Szkocji.

Właściwie północne Highlands zaczęły mnie wtedy trochę oszukiwać. Po deszczu, wietrze i surowych górach, chwilę później trafiałam na plażę wyglądającą tak, jakby ktoś pomylił lokalizację i przypadkiem przeniósł kawałek Karaibów na szkockie wybrzeże. Uznałam, że coś tutaj zdecydowanie nie gra. Jeszcze większą konsternację wywołała Achmelvich Bay i Vesteys Beach. Jasny piasek, turkusowa woda, skaliste wzgórza i maleńkie zatoki sprawiają, że trudno uwierzyć, że to nadal północna Szkocja.

Po plażach przyszła pora na zmianę krajobrazu i chyba nikogo nie zaskoczę, że były to znowu góry. 😉

Falls of Measach View Bridge to krótki, ale efektowny przystanek nad wąwozem Corrieshalloch. Z mostu można spojrzeć w dół na wodospady Measach spadające głęboko pomiędzy skalnymi ścianami.

A potem zaczęły pojawiać się… znowu góry. An Teallach Viewpoint to jeden z tych miejsc, przy których właściwie nie trzeba niczego więcej dodawać. Masyw An Teallach – jeden z najbardziej charakterystycznych szczytów północno-zachodnich Highlands. Poszarpane grzbiety, skaliste zbocza i ogromna przestrzeń dookoła wyglądały tak dobrze, że przez chwilę nawet nie przeszkadzało mi, że pogoda wyglądała na zdeterminowaną żeby mnie zabić.

Kolejny był Little Loch Broom Viewpoint. Widok na loch otoczony górami jest zupełnie inny niż wcześniejsze krajobrazy wybrzeża, ale równie spektakularny. Loch wcina się głęboko między góry, które otaczają go z każdej strony. I znowu widok, przy którym człowiek zaczyna się zastanawiać, po co właściwie ma wracać do domu.

Potem znowu wróciłam nad morze 😀 Gruinard Beach to kolejna z tych szkockich plaż, które wyglądają zdecydowanie zbyt tropikalnie jak na miejsce położone tak daleko na północy. Jasny piasek, turkusowa woda i otaczające ją góry tworzą niesamowity kontrast. A najlepsze jest to, że kilka kilometrów dalej krajobraz znowu się zmienia.

Mellon Udrigle Beach jest spokojniejsza i bardziej surowa. Długa plaża, wydmy, skały i góry w tle. Tutaj można już naprawdę poczuć, jak bardzo odludna jest ta część Szkocji.

Na koniec zatrzymałam się jeszcze przy Inverewe Viewpoint, skąd można spojrzeć na wybrzeże z nieco innej perspektywy.

 

I chyba właśnie wtedy dotarło do mnie, że na tym odcinku the North Coast 500 największą atrakcją nie jest pojedyncze miejsce. Największą atrakcją jest sama droga. Bo kiedy co kilka kilometrów pojawia się kolejna zatoka, kolejna plaża, kolejny szczyt albo punkt widokowy, bardzo szybko przestajesz zastanawiać się, ile jeszcze zostało do końca trasy. Po prostu z dziecięcą fascynacją jedziesz dalej.

Jestem zwyczajną dziewczyną, która kiedyś uwierzyła, że marzenia można spełniać i od tamtego czasu konsekwentnie je realizuje. Moją przygodę z podróżowaniem rozpoczęłam w 2008 r. i od tamtego czasu zwiedziłam wiele ciekawych miejsc, które opisuje na swoim blogu. Interesuje mnie historia i kultura krajów, które zwiedzam i to najczęściej jest głównym powodem moich podróży. Jednak oprócz chęci utrwalenia wspomnień, moim głównym celem jest pokazanie, że marzenia są po to, aby je spełniać i że można podróżować tanio i często!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Ta strona używa Akismet do redukcji spamu. Dowiedz się, w jaki sposób przetwarzane są dane Twoich komentarzy.