Mount Cook, Clay Cliffs – za zamkniętą bramą
Tego dnia byłam podekscytowana jak dziecko przed wycieczką szkolną. W planach miałam kilka krótkich tras pieszych w Parku Narodowym Aoraki / Mount Cook. Pogoda rano była idealna. Słońce świeciło, niebo było bezchmurne, a ja naiwnie wierzyłam, że tak już zostanie.
Pierwszym przystankiem były Clay Cliffs, miejsce kompletnie niepozorne i sprytnie schowane z dala od głównej drogi. Żeby się tam dostać, trzeba zjechać z trasy numer 8 na szutrową ścieżkę, która absolutnie nie wygląda jak dojazd do atrakcji turystycznej. Tuż za skrętem dociera się do bramy, która sprawia wrażenie, jakby stanowiła granicę terenu prywatnego. Brak jakiejkolwiek informacji o przejeździe czy parkingu tylko utwierdza w tym przekonaniu. I to jest moment, w którym wiele osób się poddaje. Zanim dojechałam na miejsce, widziałam już kilka samochodów, które po prostu zawróciły.
Szybki rzut oka na mapę z warstwą satelitarną nie pozostawiał złudzeń, to była jedyna droga prowadząca do Clay Cliffs. Pomyślałam więc, że jeśli mają mnie aresztować, to Nowa Zelandia byłaby całkiem przyjemnym miejscem, żeby tego doświadczyć. Zresztą nie będę ukrywać, mam słabość do miejsc niedostępnych i do wchodzenia tam, gdzie teoretycznie nie powinnam. Wiem, kiedyś tego pożałuję, ale zawsze jak to robię, to myślę, że jeszcze nie dziś. Postanowiłam więc zaryzykować, otworzyć bramę i sprawdzić, co się stanie. Nie stało się nic, poza tym, że w trakcie otwierania zobaczyłam puszkę, do której wrzuca się opłatę za wstęp 5 NZD. Tego typu puszki tzw. Honesty box, to system samoobsługowej płatności za wstęp, dość popularne zjawisko w Nowej Zelandii. Opłaciłam wstęp, a moje „wtargnięcie” obyło się bez dramatu i mandatu i po chwili wylądowałam na parkingu. Tuż przede mną wyłoniły się ostre, strzeliste wieżyczki zbudowane z gliny i piaskowca.
Wyrastają z ziemi pod różnymi kątami, tworząc swego rodzaju skalny labirynt. Te formacje to efekt działalności dawnych jezior i rzek, które zostawiły tu warstwy osadów w postaci żwiru i mułu, a potem zostały wypiętrzone przez ruchy tektoniczne i konsekwentnie rzeźbione przez wiatr oraz deszcz. Ten niesamowity widok urozmaicał dodatkowo kwitnący w dużych ilościach łubin. Co najlepsze, mimo że to miejsce jest naprawdę spektakularne, brama wjazdowa stanowi skuteczną zaporę dla tłumów turystów. Myślę, że warto byłoby zastosować tą strategię w większej ilości miejsc.

Kolejnym punktem wycieczki było jezioro Pukaki. Wyglądało totalnie abstrakcyjnie, jego mlecznoturkusowy, intensywny kolor nie wydaje się być realny.
O ile widok jeziora był nieziemski, tak widok tła w postaci Parku Narodowego Mount Cook, nie nastrajał mnie optymistycznie. Szczyty parku zasłonięte były gęstymi chmurami. Z każdym kolejnym punktem widokowym było coraz bardziej ponuro.
Gdy dotarłam na miejsce było już jasne, że zaoszczędzę dużo czasu na trekkingach. Ściana deszczu skutecznie uniemożliwiała mi zobaczenie czegokolwiek dalej niż 10 metrów od samochodu. O przejściu Hooker Valley, Kea Point, Blue Lakes i widokach na lodowiec Tasmana mogłam sobie pomarzyć. Kręciłam się jeszcze chwilę po okolicy, licząc, że może choć trochę się przejaśni, niestety pogoda miała inne plany.
A szkoda, bo to jedno z najbardziej spektakularnych miejsc w Nowej Zelandii. To tutaj znajduje się większość najwyższych szczytów kraju, w tym Aoraki, najwyższa góra Australazji, wznosząca się na 3724 metry. Park to także kraina lodowców, z potężnym lodowcem Tasmana na czele.
Lodowiec Tasmana jest największym i najdłuższym lodowcem na półkuli południowej. Liczy około 27 km długości, a w niektórych miejscach sięga nawet 3 km szerokości. Niestety, lodowiec Tasmana cofa się w zastraszającym tempie, a jeziora, które kiedyś były zasilane lodem, dziś mogą przetrwać dzięki obfitym opadom deszczu. To jedno z tych miejsc, które za kilkadziesiąt lat może wyglądać zupełnie inaczej.
Jednak tym razem musiałam się pogodzić z tym, że go nie zobaczę. Ruszyłam więc dalej, w stronę jeziora Tekapo, ratując humor w jedyny słuszny sposób – jedzeniem. Po drodze zatrzymałam się na sashimi w Mt Cook Alpine Salmon, najwyżej położonej farmie łososia na świecie, działającej w kanale elektrowni wodnej. Cóż mogę powiedzieć… na bezrybiu i rak ryba.



