Przylądek Reinga to miejsce, gdzie według tradycji Maorysów duchy wyruszają w podróż do zaświatów. Prowadzi tutaj trasa nr 1 kończąca się na najdalej wysuniętej na północ latarni morskiej w Nowej Zelandii. To tutaj Morze Tasmana łączy się z Oceanem Spokojnym. Rzeczywiście, droga tutaj wyglądała jakby prowadziła do miejsca, gdzie diabeł mówi dobranoc. Towarzyszyła mi ściana deszczu i porywisty wiatr.
Na drodze nic się nie działo, dookoła zero cywilizacji, a ja z nudów pląsałam w rytm wycieraczek. Trasa wydawała się nie mieć końca, wijąc się wąskim pasem gruntu niczym miniaturowy półwysep – trochę jak Półwysep Helski, tylko w wersji dramatycznej. Szaro, ponuro, ale za to niesamowicie klimatycznie. Na końcu nastąpiła kulminacja, może nie tyle widoków co deszczu 😉

Drogę powrotną postanowiłam sobie urozmaicić, zjeżdżając w stronę Te Paki Sand Dunes. Spodziewałam się niepozornych, piaskowych pargórków, a tymczasem przed maską samochodu wyrosła mi prawdziwa Sahara. Wydmy rozpościerają się na długości około 10 kilometrów i sięgają nawet 150 metrów wysokości, absolutny odjazd. Serio, nigdy bym nie pomyślała, że coś takiego istnieje w Nowej Zelandii.


Te Paki Sand Dunes leżą tuż obok legendarnej Ninety Mile Beach, która wcale nie ma 90 mil, tylko jakieś 55. To dość osobliwy fragment „autostrady”, biegnącej… po plaży szerokiej jak droga krajowa. Tak, dokładnie piasek zamiast asfaltu i fale zamiast barier energochłonnych. Opinie o wrażeniach z jazdy są skrajne. Ci, którym się udało, mówią: „spoko, bez dramatu”. Ci, którzy zostali tam na dłużej niż planowali, używają bardziej dosadnego słownictwa.

Teoretycznie napęd 4×4 nie jest konieczny, ale praktyka pokazuje, że nawet takie auta potrafią tu z gracją stać się stałym elementem krajobrazu. O tym, że nie ma stacji benzynowych chyba nie muszę wspominać. Swoją drogą to by była całkiem niezła historia jakby ktoś osiadł tu na stałe z braku paliwa 😀 A tak na poważnie, miejscowi mówią o trzech kluczowych zasadach: wycieczka tylko przy odpływie, zero jazdy po miękkim piasku, zero wody morskiej pod kołami.

A teraz pytanie za 100 punktów, gdzie można wjechać prosto z pustyni? Oczywiście, że do gęstego, wilgotnego lasu. Witamy w Nowej Zelandii, tu nie ma czasu na aklimatyzację. Jednak Waipoua Forest to nie jest zwykły las, lecz jest to las gigantów. Rosną tu kauri- jedne z najwyższych drzew na świecie (zaraz po sekwojach). Tāne Mahuta, największy kauri w Nowej Zelandii i absolutny władca tej zielonej dżungli liczy 51 metrów wysokości, 13 metrów obwodu pnia, a jego wiek szacowany na 1250–2500 lat.
Podróż po Północnej Wyspie najlepiej zakończyć w najmniej oczywisty sposób tzn. w toalecie. Hundertwasser Toilets w Kawakawa to z pewnością najpiękniejsza toaleta świata i jednocześnie ostatni projekt austriackiego artysty Friedensreicha Hundertwassera.

Charakterystyczne kolorowe mozaiki i krzywe linie do złudzenia przypominają miniaturową wersję Kunst Haus Wien w Wiedniu. Różnica jest taka, że obiekt ten nie jest tylko galerią sztuki, to typowy przykład sztuki użytkowej! A więc można tu robić zdjęcia i nie tylko zdjęcia…
